Wydrukuj tę stronę
wt, 27 maja 2014

Szukając pumy 2

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz
Szukając pumy 2 fot. Anita Demianowicz

Pobliskie wzgórza wyściełane zielonym aksamitem, porośnięte były bujnie drzewami. Ich czubki, tonęły w gęstych  szarych chmurach. Rosnące przy drodze palmy bujały się na wietrze. Brunatna rzeka, nad którą przejeżdżaliśmy zgrywała się kolorystycznie z przyrdzewiałym mostem, którym przekraczaliśmy wodę. Przyroda tak bujna, że oczy z trudem wyłuskiwały z zieleni niewielkie domki, poukrywane skrzętnie w zaroślach.

Potem nagle z obu stron wyrosła palmowa selwa. Z potężnych pni opadały miękko palmowe liście, krzyżując się z liśćmi sąsiednich drzew. Wyglądały jakby trzymały się za ręce. Nigdy wcześniej nie widziałam tak gęstego palmowego lasu. Powietrze przesiąknięte było jego zapachem. Zapachem mokrej dżungli i ziemi przepalonej słońcem. Woń docierała do mnie wraz z wiatrem, wcielającym się w rolę naturalnej klimatyzacji w autobusie na trasie San Jose – Puerto Jimenez.

Na miejscu dopadł mnie absolutny skwar i wilgotność powietrza. Ledwo wydostałam się z pojazdu, a już pot ściekał ze mnie, przemaczając niemal całkowicie ubranie. Musiałam się do tego przyzwyczaić. Wybierałam się w końcu następnego dnia do dżungli, w której wilgotność przekraczała 80%.

– A pumę zobaczymy?

Moje pierwsze pytanie było mocno skoncentrowane na jednym – zobaczeniu dużego kota. Nie udało mi się to jak do tej pory, ale nie traciłam nadziei. Wiedziałam, że nie jest to łatwe zadanie. Większość pań, sprzedających wycieczki do parku Corcovado, dla którego tu przyjechałam, spoglądała na mnie z ironicznym uśmiechem i zaczynała wymieniać: małpy, ptaki, tapiry, krokodyle. Ale nie panterę.

– Wiesz, to bardzo trudne spotkać kota – powiedział Steven, właściciel jednej agencji i jednocześnie przewodnik. – W ciągu prawie sześciu lat mojej pracy jako przewodnik tylko raz natknąłem się na panterę. Ale to był dosłownie ułamek sekundy, kiedy mogłem spojrzeć jej w oczy. Żeby spotkać kota, trzeba byłoby się zaczaić w jednym miejscu, w takim, w którym koty bywają i kilka godzin czekać w ciszy i bezruchu.

Ja byłam na to gotowa, jednak towarzysząca mi sympatyczna para młodych Niemców już nie bardzo. I tak udało mi się ich namówić na dwudniowy wypad, bo początkowo chcieli się wybrać tylko na jeden dzień do parku. Ja pragnęłam eksplorować go przez trzy dni. Koszt dla jednej osoby był jednak zbyt wysoki, więc poszliśmy na kompromis, dostając korzystną cenę na dwudniowy trekking i obserwację zwierząt w naturze dla trzech osób.

– Do stacji Sirena można też polecieć awionetką i w ciągu dwóch dni, będziecie mogli zobaczyć tyle, co normalnie się widzi w ciągu trzech dni trekkingowych. Co Wy na to?

Spojrzeliśmy po sobie. Joe i Matijas wymienili porozumiewawczy znaki. Propozycja była kusząca, choć byłam pewna, że raczej nie na moją kieszeń. Po wielu dywagacjach w końcu na nią przystaliśmy.

Po raz pierwszy miałam polecieć czymś, co bardziej przypominało zabawkę. Serce mi zadrżało. Poziom adrenaliny podskoczył, gdy usiadłam w środku niewielkiego samolociku, z jednej strony przygnieciona wielkim plecakiem, z drugiej przyciśnięta do cienkich ścianek samolotu.

– Wiesz, boję się. – Szepnęła do mnie Jo.

Ja też się trochę bałam, ale nie dałam po sobie tego poznać. Uśmiechnęłam się tylko uspokajająco, zacisnęłam pas biodrowy i w myślach odprawiałam modły, byśmy cało wylądowali. Samolocik nie wyglądał na taki, co uniesie cztery osoby i ich bagaże oraz świeżą dostawę wody i jedzenia do stacji Sirena, mieszczącej się około 19 km od Carate, miejscowości, z której zwykle wszyscy zaczynają swój trekking do Parku Corcovado. Zamiast po siedmiu ośmiu godzinach na miejscu byliśmy już po kilkunastu minutach. Gdy pilot zaczął zbliżać się do lądowania, miałam wrażenie, że serce stanęło na chwilę. Pod sobą widziałam jedynie pas zieleni, który miał być naszym lotniskiem. Nim zdążyłam zapytać czy faktycznie tu będziemy lądować, poczułam uderzenie o nawierzchnię. Aż podskoczyłam na miękkim fotelu pasażera. I było po strachu. Adrenalina jednak dość długo utrzymywała wysoki poziom. Było to coś nowego. I te widoki na całe Corcovado…zawsze chciałam zobaczyć z tak bliska i jednocześnie z góry dżunglę. Kolejne małe marzenie spełniło się.

W stacji La Sirena siedziało kilkoro turystów, głównie starszych osób. Odpoczywali najprawdopodobniej przed kolejnym wyjściem w teren. Niemal każdy zaopatrzony był w sprzęt fotograficzny najwyższej klasy. Superteleskopowe obiektywy, świetne tripody. Dotarcie do parku wcale nie jest takie łatwe i w sumie pobyt na jego terenie jest dość kosztowny. Wielu Kostarykańczyków nie ma pojęcia, że taki Park w ogóle w ich kraju istnieje. Zresztą mogłam się o tym sama przekonać, gdy ludzie pytali mnie czy byłam w Parku Manuel Antonio (najbardziej popularnym i odwiedzanym corocznie przez największą liczbę turystów) i spoglądali zaskoczeni, gdy wspominałam, że wybrałam Park Corcovado. Dojazd z San Jose zajmuje prawie dziesięć godzin i jest to najdłuższa podróż na terenie kraju. Dlatego tak niewiele osób na nią się decyduje.

Warunki na stacji są proste. Żadnych pokoi, łóżek z baldachimem. Zwykły materac, moskitiera. Niektórzy mają namioty. Mi w udziale przypadło to pierwsze. Szkoda tylko, że dziurawe, bo po pół godzinie leżenia, wyparowało z materaca całe powietrze i było mi dane spać na drewnianych dechach. Skrzętnie owinęłam się moskitierą obawiając się tarantul, których wokół nie brakowało. Ale nim zasypiałam usypiana dźwiękami nocy, ruszyłam w odwiedziny do naszych leśnych braci.

Upał przewyższał moje oczekiwania. Znając podstawy biologii i wiedząc, że ciało człowieka w ok. 70% stworzone jest z wody, zaczynałam się martwić. Pot lał się strumieniami. Zrozumiałam jak  może czuć się bałwan na wiosnę. Nie nadążałam z uzupełnianiem płynów. Ze sobą zabrałam zaledwie pięć litrów wody, nie zważając na porady przewodnika, który polecił min. trzy. Wiedząc jednak, że to wszystko będę musiała potem dźwigać w plecaku, ograniczyłam zapasy i musiałam wziąć się za oszczędzanie.

Ruszyliśmy wąskimi ścieżkami, krocząc w ciszy za naszym przewodnikiem Steven’em, zaopatrzonym w lunetę teleskopową do podglądania zwierząt. Od około sześciu miesięcy turystyka w parku została mocno ograniczona, jeśli chodzi o indywidualnych turystów. Wstęp tylko w towarzystwie licencjonowanego przewodnika. Już po kilkunastu minutach zrozumiałam, dlaczego tak jest i dlaczego wyjście do parku bez doświadczonego przewodnika byłoby bezsensowne. Steven bez problemu wypatrywał zwierzęta w zaroślach, wyłuskiwał dźwięki spośród liści, przywoływał ptaki i małpy, które reagowały na wydobywane przez niego dźwięki. Corcovado to największy park w Kostaryce i dodatkowo uznany przez National Geographic za jedno z najbardziej różnorodnych biologicznie i tętniących życiem miejsce na ziemi. Miałam szanse się o tym przekonać na własnej skórze. CZYTAJ DALEJ

Anita Demianowicz

Najnowsze od Anita Demianowicz

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież