pt, 06 czerwca 2014

Spotkania trzeciego stopnia

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz
Spotkania trzeciego stopnia Fot. Anita Demianowicz

Włączyłam latarkę. Ciemność została rozgromiona wąskim snopem światła. Przesunęłam ją w prawo, potem w lewo. Uniosłam się na łokciach i spojrzałam pod siebie. Czysto. W takim razie to pewnie komary, pomyślałam. Wróciłam na swoje miejsce. Latarka również. Po pięciu minutach znów poczułam, że coś w najlepsze mnie wcina.

Ze sprawnością rewolwerowca złapałam latarkę, zapaliłam światło, próbując namierzyć sprawców mojej bezsenności. Znów pusto. No niech to szlag!, zaklęłam. Spojrzałam na łóżko obok, sprawdzając czy moja współspaczka z pokoju podobnie jak i ja się drapie. Byłaby to wówczas definitywna oznaka bytności komarów. Bo choć upierdliwych stworzonek również z całego serca nie cierpiałam, to i tak modliłam się, żeby to właśnie były one. Vichittra jednak spała w najlepsze. Ja do rana prawie nie zmrużyłam oka. Całe ciało swędziało mnie do nieprzytomności. Doszłam do wniosku, że lepiej byłoby spać w hamaku w kuchni, ale niestety ta część budynku do rana była zamknięta.

Rano obejrzałam się w lustrze. Pod okiem wielka czerwona plama. Na plecach kilkanaście podobnych. To samo na obu rękach, nogach, pośladkach.

– Vichittra czy spałaś dobrze? Bo mnie strasznie w nocy coś pożarło.

Vichittra pokiwała smętnie głową. – Mnie tez coś gryzło.

– Czy myślisz o tym samym, co ja?

Znów smętne kiwnięcie głową.

– No dobra, to szukamy.

Vichittra chwycił swój telefon i wlazła na moje łóżko, z dokładnością aptekarza szukając na prześcieradle śladów bytności nieproszonych gości. Zaczęła wywracać pościel, wyciągać poduszki z poszewek. W końcu dobrała się do materaca. Zajrzała w każdy kąt i w końcu w jednym z nich coś znalazła. Z obrzydzeniem rzuciła materac na swoje miejsce.

– Tam nie dość, że są pluskwy, to jest i pełno jaj.

Z obrzydzenia aż skrzywiłam się. Nawet nie miałam ochoty spoglądać w gniazdo wroga. Już na samą myśl robiło mi się niedobrze. W łóżku Vichittry nie było tak źle.

– Posprzątamy i będzie dobrze – zapewniła pracownica, a ja spojrzałam na nią z myślą, że chyba oszalała i żarty sobie raczy stroić.

Mnie do żartów i śmiechu bynajmniej nie było, bo nie dość, że wszystko mnie swędziało, to wyglądałam jak za młodzieńczych czasów, gdy miałam ospę, czyli nie było czego światu pokazywać. Jedyną pociechą było, że z takim wyglądem tutejsi mężczyźni macho powinni dać sobie spokój. No może w końcu trochę oddechu złapię, łudziłam się, doszukując się pozytywów straconej nocy i jako takich oznak urody.

Jedynym miejscem, do którego mogłam w takim stanie pójść był las. Najlepiej mglisty, mało przejrzysty, gdzie wszystko we mgle tonie, łącznie z pluskwami plamami. Dobrze się składało, bo byłam akurat w miejscowości Santa Elena i zaledwie 45 minut dzieliło mnie od bosque nuboso, czyli mglistego lasy Monteverde. I wszystko by się pięknie, idealnie zgrywało, gdyby nie fakt, że Monteverde jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Kostaryce, więc raczej na brak ludzi narzekać tam nie mogłam. Zerwałam się jednak z łóżka dość wcześnie. Oczywiście pomogły mi w tym pluskwy, ale też wiedziałam, że najlepiej w parku być punkt siódma. O tak nieludzkiej dla większości turystów porze, istniała szansa, że będę miała las tylko dla siebie. No ewentualnie musiałam się nim  trochę podzielić z pogryzioną koleżanką z pokoju – Vichittrą, która tak dzielnie szukała pluskiew.

W autobusie siedziałyśmy tylko my dwie, z przyjezdnych. Reszta siedzeń zajęta była przez pracowników w elegancko odprasowanych służbowych mundurkach. W głowie już roiły mi się wizje mglistego pięknego deszczowego lasu i mgły spowijającej mnie niczym delikatną tkaniną. Widziałam ten piękny długi czerwony most, który pojawiał się na wszystkich ulotkach informacyjnych i w broszurach zachęcających do odwiedzenia. Przypominały mi się opisy, na które trafiłam w Internecie (Newsweek umieścił Monteverde na czternastym miejscu listy miejsc, które należy odwiedzić nim znikną).

Gdy w końcu otworzyli bramy, rzuciłyśmy się w drogę, by jak najszybciej dotrzeć do najlepszych miejsc, by zdążyć przed tłumem turystów, żądnych zdjęć i zajmujących każdą powierzchnię tego miejsca, blokujących ścieżki, wciskających się na punkty widokowe, w których nie można już było w związku z tym zrobić zdjęcia.

– Droga do mostu? – Rzuciła Vichittra.

Spojrzałam na mapę i wskazałam kierunek. Park nie był zbyt duży. Trasy trekkingowe krótkie. Już po chwili stałyśmy przy moście.

– Niemożliwe, że to ten! – powiedziała Vichittra z nutą rozczarowania w głosie.

Nie sposób było się z niż nie zgodzić. Most był jakiś taki… mały. Na zdjęciach wyglądał znacznie potężniej i bardziej zjawiskowo. Spodziewałam się rozmiarów niemal Golden Gate Bridge, a tu czekał czekało na nas coś bardziej przypominającego czerwoną „kładkę”.

– Kolor się zgadza – rzuciłam niepewnie.

– Ale ta wielkość…! – Vichittra wciąż była przekonana, że to nie może w żadnym wypadku być most, którego szukamy.

Spojrzałam na mapę. Wyraźnie mówiła, że innego mostu po prostu nie ma.

– To ten, czy to się nam podoba, czy nie – rzekłam.

Powoli wkroczyłyśmy na niego, przestępując ostrożnie z nogi na nogę. Most zaczynał wchodzić w wibracje.

– Jeszcze coś się nie zgadza! – Krzyknęła Vichttra wędrując przede mną i z zaciekłością fotografując każdy skrawek mostu. – Gdzie jest ta mgła ze zdjęć?!

CZYTAJ DALEJ

Komentarze   

0 # Pearline 2017-08-30 06:27
Thanks for the good writeup. It in reality was once a enjoyment
account it. Look advanced to far added agreeable from
you! By the way, how can we keep up a correspondence?


My blog - What do eccentric heel drops
do?: diligentitem5523.soup.io/.../. ..
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Selina 2017-08-29 13:06
I have read so many articles regarding the blogger lovers however this
paragraph Why is my Achilles tendon burning?: abortivebaby502.exteen.com in fact a fastidious piece of writing, keep it up.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież