sb, 14 czerwca 2014

Między wulkanami

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz

I wtedy objawił się przede mną ON. Serce zamarło z wrażenia, a skóra ścierpła. W oczach pojawił się zachwyt. Wpatrywałam się w niego zahipnotyzowana. Był piękny. Niewiarygodnie piękny. Wydawał się taki potężny i silny, nieokiełznany, wręcz niebezpieczny i to mnie tak bardzo w nim zachwycało. Wiedziałam, że aby go zdobyć, jestem w stanie zrobić wszystko.

 

– Czy ktoś jedzie na Ometepe? – Rzucałam raz po raz pytanie do każdego napotkanego turysty na granicy. 

Słyszałam, że z granicy należy dojechać autobusem do miejscowości Rivas, a stamtąd taksówką do portu. Szukałam kogoś, z kim mogłabym podzielić koszty podróży taksówką. Każdy jednak odpowiadał mi nazwą tego samego kierunku: San Juan del Sur. Jednego z popularniejszych wśród turystów miejsca w Nikaragui, gdzie słońce świeci całymi dniami i rum i wino leje się szklankami. San Juan ma renomę imprezowej miejscówki. Wiedziałam, że raczej będę jej unikać.

– Ja jadę do Ometepe – Usłyszałam w końcu w odpowiedzi. 

Młody chłopak, na oko dwudziestolatek. Na oko też nieco wystraszony.

– To może pojedziemy razem, co? Potem trzeba jechać taksówką do portu, bo nie ma tam transportu publicznego i moglibyśmy podzielić się kosztami. Chłopak przytaknął.

Ledwo odeszliśmy od okienka po nikaraguańskiej stronie, dopadły nas dziesiątki taksówkarzy, chcący nas wieźć, gdzie sobie tylko zażyczymy, a najchętniej do San Juan del Sur, obiecując bardzo tanie przejazdy. Kilku turystów, nie wiedząc, co tracą, ruszyło za taksówkarzami. Tracili nie tylko znaczną część gotówki, ale przede wszystkim przyjemność z jazdy…chickenbusem.

– No, nareszcie! – Wykrzyknęłam z radości.

– Nina, dokąd? – wrzeszczała krótkowłoso ostrzyżona korpulentna kobieta, nosząca się niczym mężczyzna. Dżinsy, koszulka polo, czapeczka z daszkiem. Zastanawiałam się czy to ona dostosowała wizerunek do pracy cobradora (osoby, która sprzedaje bilety w chickenbusach i ładuje towar pasażerów na dach) czy pracę do wyglądu.

Kobietę w tej roli spotkałam po raz pierwszy.

– Isla Ometepe! – odkrzyknęłam.

Ruchem ręki nakazała nam ładować się do środka. Mój towarzysz wyglądał na jeszcze bardziej przestraszonego, gdy kobieta niemal wyrwała mu plecak, by załadować na dach autobusy. Nie za bardzo wiedział, co robić, jak się zachować. Ścisk w autobusie, wrzeszczący sprzedawcy mogli wprawiać w zakłopotanie tych, którzy po raz pierwszy trafili do chickenbusa. Rozglądał się przerażony, a ja wreszcie poczułam się jak w domu. To była moja pierwsza myśl. Wreszcie jazda chickenbusem, wreszcie pomocni kierowcy i ich pomocnicy, wreszcie sprzedawcy napojów i owoców w autobusach.

– To moja pierwsza podróż – wyznał potem Michael.

Faktycznie nie myliłam się co do wieku. Miał dwadzieścia lat i po wizycie w tzw. gringolandiach, jakimi są Panama i Kostaryka, Nikaragua mogła być dla niego szokiem, zwłaszcza szalona jazda chickenbusem, która zawsze za pierwszym razem dla każdego jest dużym przeżyciem. 

Na wyspę Ometepe płynęliśmy promem. Ale prom, to nie taki prom, jaki przychodzi od razu na myśl. Nie taki, jakim płynie się choćby z Gdańska do Sztokholmu. To raczej duża barka, do której woda wlewa się strumieniami przy każdym większym zderzeniu z falą. Wyszłam na zewnątrz. O mały włos wylądowałabym twarzą na niebieskiej podłodze tuż przy dziobie. Mokra posadzka, obmywana raz po raz falami, w połączeniu z moimi japonkami to była niemal zbrodnia doskonała. Szybkim ruchem wskoczyłam na schodki prowadzące na wyższe piętro, uskakując przed kolejna porcją wody z chlupotem wpadającą do barki. I wtedy objawił się przede mną ON. Serce zamarło z wrażenia, a skóra ścierpła. W oczach pojawił się zachwyt. Wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana. Był piękny. Niewiarygodnie piękny. Wydawał się taki potężny i silny, nieokiełznany, wręcz niebezpieczny i to mnie tak bardzo w nim zachwycało – wulkan Concepcion.

„Promocja! Wejście na Concepcion z przewodnikiem tylko 12 dolarów” głosił napis przy jednej z agencji turystycznych. Agencja turystyczna to jednak zbyt dumna nazwa jak na drewniany blat stojący na dwóch palach z niewielki zadaszeniem od góry. Kilka wyblakłych ulotek i wydrukowanych na domowej drukarce broszur hotelowych. Właściciel w osobie młodego, dwudziestoparoletniego chłopaka budził jednak zaufanie. Był spokojny, rzeczowy i sympatyczny.

– Widzimy się jutro o szóstej rano – powiedział Johnatan.

Mieliśmy iść tylko we dwójkę. Innych chętnych nie było. Punkt szósta stałam przed drewnianą chatą, nawołując mojego przewodnika. Pojawił się po dziesięciu minutach.

– Co tak wcześnie? – Zapytał. – Czekamy jeszcze na trójkę. Będą o siódmej. – Oznajmił jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

Niewyspana część mnie, która mogła godzinę dłużej pospać, gdyby tylko wiedziała, że ma taką możliwość, była zła.

– A czemu nie powiedziałeś tego wczoraj? – Zapytałam najspokojniej jak potrafiłam, wiedząc, że choć nie jestem już w Kostaryce, w której obowiązuje ticotime*, to reguły gry i podejście do czasu nie za bardzo się zmieniły. nicotime też miał się całkiem nieźle.

 – Nie mówiłem? Jestem pewny, że tak. No nic i tak musimy czekać.

Nauczyłam się sporo cierpliwości w drodze. Nie wyprowadzały mnie już z równowagi tak, jak w zeszłym roku, spóźniające się autobusy, czy pojazdy poruszające się z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i robiące postoje, co pięć minut, tudzież kierowcy autobusów, którzy robili sobie przerwy na pogaduszki rodzinne czy wizytę u mechanika. Do wszystkiego podchodziłam ze spokojem, ale zabranie mi godziny snu nieco mnie wkurzyło. I pojawiła się lampka ostrzegawcza, że może jednak mój przewodnik wcale nie jest tak odpowiedzialny jak mi się wydawało.

Wulkan Concepcion nie jest wysoki. To zaledwie 1700 m n.p.m. Zastanawiało mnie więc cały czas jakim cudem wejście i zejście z niego ma nam zając osiem do dziesięciu godzin, zgodnie z tym, co oznajmił Johnatan a wcześniej też drukowany przewodnik. Na wulkan Santa Maria w Gwatemali, mierzący 3740 m n.p.m. wspinaliśmy się i schodziliśmy w takim właśnie czasie.

– No bo jest trudno – słyszałam w odpowiedzi.

Takie wypowiedzi traktuję z przymrużeniem oka. Zawsze słyszę, że jest trudno, że to dużo czasu zajmuje itd. A rzeczywistość zwykle nie pokrywa się z wypowiedziami. Tym razem było inaczej. Droga w górę była bardzo stroma i usiana tysiącami kamieni wulkanicznych, które utrudniały wspinanie. Krok w górę, dwa w dół i tak niemal na okrągło. Szukałam tych tkwiących bardziej w ziemi, nieześlizgujących się, by zaczepić się o nie butami, które idealnie nadawały się do łażenie po skałach i wielokrotnie uratowały mnie przed upadkiem (przy okazji dziękuję firmie Salewa). Po dwóch godzinach miałam dość. Jak zwykle przy takiej okazji myślałam o tym, co będzie przy zejściu. Byłam pewna, że jeśli nikt się nie połamie, to będzie można mówić o cudzie. Pierwszy raz przez moją głowę przebiegła też myśl, że włażenie na ten wulkan, czy prowadzenie na niego ludzi jest nieodpowiedzialne. Było naprawdę stromo i ślisko i jeden nieostrożny ruch mógł się dla kogoś źle skończyć. Miałam nadzieję, że nie będę to ja. CZYTAJ DALEJ

Komentarze   

0 # Kelsey 2017-08-24 11:11
This is my first time go to see at here and i am actually happy to read
everthing at one place.

Take a look at my page - What
do you do when your Achilles tendon hurts?: ivelisseharnar.weebly.com/.../ ...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież