pon, 23 czerwca 2014

Wulkanoholizm

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz
Wulkanoholizm Fot. Anita Demianowicz

Leżałam wpatrując się w wentylator dudniący nad głową. Od tyłu owiewał mnie drugi, stojący. Upał był nieznośny. Wiatrak kręcił się na wszystkie strony, a ja leżąc na łóżku w krótkich spodenkach i kusej koszulce zamykałam oczy i udawałam, że oto jestem na plaży, ale takiej bez piasku, dając owiewać się morskiej bryzie. Niby do prawdziwej plaży nie miałam daleko, ale odstręczała mnie myśl o tonie śmieci, piasku w każdym zakamarku plecaka i tłumie Nikaraguańczyków, wgapiającym się we mnie jakby pierwszy raz widzieli białą kobietę.

Od tego wpatrywania się w wentylator zaczynało mi się kręcić w głowie. Czułam jak pot spływa mi po udzie, wypływając spod zgięcia kolana i spływając obficie ku pośladkom. Niech no ja kiedyś zaklnę na nasze zimno, powiedziałam sobie w duchu, dobrze wiedząc, że zaklnę i to nie raz, z zawodzeniem wyjąc do tych dni przesiąkniętych gorącą wilgocią. Skraplając się, ruszyłam w stronę kuchni. Miałam ochotę zamknąć się w lodówce, z której przy otwarciu powiało przyjemnym chłodem.

– Taki upał, że nie chce się nigdzie wychodzić? – Zagadnął chłopak w krótkich spodenkach i bez koszulki.

Potaknęłam tylko głową. Wszyscy mieszkańcy siedzieli lub leżeli w zacienionych kątach hostelu, nie mając sił, by ruszyć choćby powieką. Skwar odbierał wszystkim siły. Od godziny jedenastej rano do szesnastej niemal nikt nie wychylał nosa poza nieco chłodniejsze mury budynku.

Granada według wielu była znacznie bardziej upalna niż miasta Kostaryki. Mimo tego podobało mi się tutaj bardziej. Brukowane szerokie ulice, biegły wzdłuż kolorowych niskich budynków. Co kilka skrzyżowań natykało się na stary podniszczony, ale jakże piękny kościół. Centrum życia skupiało się w Parque Central, wokół którego stały bryczki, zaprzężone w konie, czekające na turystów chętnych do przejażdżki. Na środku kilka drzew, fontanna i liczne ławeczki, na których przysiadali mieszkańcy i turyści. Nie było tu jednak tłumu. Pustka zaskakiwała. Granada, obok Leon jest jednym z ponoć najbardziej turystycznych miast, a tu turystów jak na lekarstwo. Ale to mi również nie przeszkadzało. Spacerowałam spokojnie, chłonąc klimat miasta, który bardzo przypominał mi moje ukochane gwatemalskie Quetzaltenango. W ogóle bardzo przypominał mi się klimat z Gwatemali. Może brakowało kobiet i mężczyzn w kolorowych tradycyjnych strojach, ale reszta była w moich oczach całkiem bliska ukochanemu pierwowzorowi. Momentami podobała mi się nawet bardziej, bo główna ulica Calle La Calzada prowadziła do Jeziora Nicaragua, gdzie znajdowało się molo pięknie odcinające się na tle nieba, skąpanego w promieniach wschodzącego słońca.

Na tej ulicy znajdowała się też większość knajpek i restauracji, które rozbrzmiewały muzyką i które zaczynały tętnić życiem pod wieczór. Tu też skrawek swego miejsca znajdowali uliczni sprzedawcy, własnoręcznie wykonujący biżuterię. Uwielbiałam każdego ranka biec wzdłuż Calle La Calzada aż do jeziora i wpatrywać się w molo, po którym dwa razy w tygodniu już o wschodzie spacerowali nowo przybyli z wyspy Ometepe, a potem skręcić w mangową aleję i przy akompaniamencie świergotu ptaków i złocistych promieni aktywnie zacząć nowy dzień.

*

– To, co? Idziemy na wulkan?

– Idziemy – odpowiedziałam mojemu nowemu znajomemu Martinowi.

Martina spotkałam już na promie z Ometepe. Potem wpadłam na niego, gdy zmieniałam autobus jadący do Granady. Żadne z nas się jednak nie odzywało. Każde z nas wolało chyba samo popodróżować. Potem jednak błądząc po mieście z plecakami w poszukiwaniu dobrego miejsca na kilkudniowe osiedlenie się, wpadając, co krok na siebie na każdym skrzyżowaniu, postanowiliśmy w końcu połączyć siły w poszukiwaniu właściwego miejsca, a potem już zwiedzaliśmy razem.

Miałam wrażenie, że znalazłam się na innej planecie, na której nie istnieje życie. Tereny, przez które jechaliśmy autostopem, by dojechać do krateru prowadziły przez pola, które zamiast roślinami, pokryte były wulkanicznymi skałami. Wulkan Masaya to ponoć jeden z najaktywniejszych w Nikaragui. W dodatku na tyle aktywny, że jeszcze miesiąc wcześniej wstęp do parku był zamknięty, ze względów bezpieczeństwa. Wciąż jednak było niemożliwe wejście na niektóre szlaki i na szczyt wulkanu, z którego można zajrzeć w głąb „piekieł”. Wszystko tonęło w oparach szkodliwych gazów, wydobywających się z wnętrza krateru. Ostrzegano nas, że wulkan „lubi” oprócz gazów wystrzeliwać głazy i każdy z nas musiał podpisem potwierdzić zapoznanie się regulaminem, pouczającym jak zachować się w razie erupcji.

No, nie ma żartów, pomyślałam. Ale dzięki temu wędrówka wokół dostępnych kraterów (w parku są dwa wulkany i pięć kraterów) była bardziej emocjonująca. Wyższy niż zazwyczaj poziom adrenaliny towarzyszył nam przez całą wędrówkę, podobnie jak zmieniające nas w skwarki słońce oraz..... CZYTAJ DALEJ

Komentarze   

0 # Louella 2017-07-31 11:57
It's in reality a great and helpful piece of info.

I'm glad that you simply shared this helpful info with us. Please stay us
informed like this. Thank you for sharing.

Review my page; hepatitis c foot pain (mertieangelico .blog.fc2.com: mertieangelico.blog.fc2.com/.. ./)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież