pon, 30 czerwca 2014

Surfowanie po wulkanie

Kobieta w podróży. Blog Anity Demianowicz

Spojrzałam w dół. Poczułam, że robi mi się słabo, że omdlewam. Serce załomotało. Przymknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów. No i po coś, głupia, patrzyła?, zbeształam się w myślach. Wiedziałam, że lepiej tego nie robić. Ale zrobiłam. Zawsze to samo. No dobra, to jeszcze raz. Znów spojrzenie w dół. Ty chyba oszalałaś! Naprawdę chcesz to zrobić?!

Stałam na szczycie aktywnego wulkanu Cerro negro (726 m) – najmłodszego wulkanu Ameryki. Właściwie nie na szczycie, bo szczyt znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej. Ze szczytu można było zajrzeć do krateru. Mnie jednak, wyjątkowo, bardziej tego dnia interesowało zbocze wulkanu niż jego wnętrze. Więc gdy spojrzałam w dół, widziałam jedynie czarny drobny pył i to zbocze lecące, w moim wyobrażeniu, niemal pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Oczywiście przesadzam, bo kąt nie był wcale taki prosty, ale w strachu człowiek wszystko wyolbrzymia. (w rzeczywistości kąt nachylenia to podobno około 41 stopni)

– Ile jest metrów w dół? – zapytałam, nawet nie z ciekawości, ile może bardziej z chęci pogrążenia się w jeszcze większym przerażeniu.

Instruktor wzruszył ramionami. – W sumie to…nie wiem. A czy to ma w ogóle znaczenie?

Dla mnie miało. Wolałam wiedzieć jak długo przyjdzie mi umierać. Pięćset metrów a może siedemset. Tak, dla mnie zdecydowanie miało to znaczenie.

– Ja chyba jednak nie zjadę – stwierdziłam, gdy na chwilę opuszczaliśmy okolice toru. Szliśmy w stronę krateru. Przewodnik chciał odwrócić naszą uwagę od tego, co miało nastąpić za chwilę. – Zobaczcie! Czyż nie jest piękny?

Faktycznie był piękny. I krater i cały wulkan. Nie spodziewałam się wiele po Cerro Negro. Bo i czego? Sama nazwa wskazywała, że kolorystyka jest raczej uboga (negro w języku hiszpańskim oznacza kolor czarny). Z dołu też nie wyglądał zbyt atrakcyjnie – kupa czarnego piachu i to wszystko. W miarę jednak wspinania się, krajobraz zaskakiwał. Nie był monotonnie skapany w czerni. Spod węglistego pyłu wyłaniały się czerwienie, pomarańcze, biel i żółcienie, a w oddali majaczyły zielone wzgórza. Było pięknie, ale mój nastrój współbrzmiał wraz z pochmurnym niebem. Nie było mi do śmiechu. Bałam się. Uważałam, że to, co chcę zrobić jest po prostu nierozsądne.

– Niech pani uważa – ostrzegła pani pracująca w moim hostelu, gdy na pytanie co mam tego dnia w planach, odpowiedziałam, że jazdę z wulkanu, tym samym potwierdzając moją teorię o braku rozsądku – W zeszłym tygodniu jeden chłopak pojechał i do hostelu już nie wrócił. Zawieźli go prosto do szpitala. To bardzo niebezpieczne.

– No chyba żartujesz, że nie chcesz jechać?! – Zakrzyknął mój mąż przez telefon. – Nie pękaj, tylko zjeżdżaj. Taka okazja się nie powtórzy.

– No to niezły ten twój Małżonek. Jak on może ci tak mówić?! – Biadoliła z kolei mama.

– To, co? Jedziesz? – spytał instruktor.

Wykrzywiłam się i z oporem zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Będziesz tego żałować – przestrzegł.

Oczywiście, że będziesz żałować, jeśli tego nie zrobisz, powtarzałam sobie w kółko. Taka szansa nie zdarzy się prędko. To jedyne takie miejsce na świecie, przekonywałam się. Więcej może nie wrócisz już do Nikaragui (wciąż powtarzałam sobie, że tak, ale w życiu różnie bywa). No, zapłaciłaś już za to, spróbowałam jednego z najpraktyczniejszych argumentów, mając nadzieję, że materialny bodziec zmobilizuje mnie jednak do realizacji zamierzeń. No, nie bądź cykor, zaczęłam nawet wjeżdżać sobie na ambicję. I tak się poddasz? Tak po prostu, bez walki? Gdy już prawie samą siebie przekonałam, do głowy zaczęły mi się wciskać dziesiątki zasłyszanych historii o złamaniach, wzywanych karetkach i pacjentach odwiezionych do szpitala. To były już wprawdzie ostatnie moje dni w Ameryce Środkowej, ale musiałam jeszcze w miarę o własnych siłach dotrzeć z powrotem do Panamy i potem do Polski. Wiedziałam, że w jednym kawałku to zadanie będzie prostsze. Najbardziej obawiałam się wstrząśnienia mózgu czy w ogóle jakichkolwiek kontuzji związanych z głową. I tak jestem już wystarczająco stuknięta, wiec dalszych komplikacji wolałam uniknąć... CZYTAJ DALEJ 

Więcej w tej kategorii: « Wulkanoholizm Lawa »

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież