Dusiłam się. Nie mogłam złapać tchu. Nie mogłam oddychać. Naciągnęłam bawełnianą chustkę i na wysokości ust i nosa przycisnęłam ją do twarzy, starając się oddychać tylko ustami. Wiedziałam, że oddychanie nosem jest bezpieczniejsze, ale nie chciałam czuć smrodu. Zgniłe jajka. Siarkowodór – opary wydobywające się z wulkanu Telica w Nikaragui.

To właśnie tam, po raz pierwszy zobaczyłam lawę. – I tak właściwie tu mógłby skończyć się mój post, licząc niecałe czterysta znaków, łącznie ze spacjami. No bo przecież piszę za długo, nikomu się nie chce tego czytać, świat zmierza ku obrazkom i półanalfabetyzmowi. A sedno historii i przeżyć tego dnia jest właśnie takie: ujrzenie lawy. Ale czy oto właśnie chodzi w blogu podróżniczym? Dla tych, którzy nie lubią dużo czytać, mogą zakończyć czytanie tego postu kilka zdań wyżej. Bo i ot, cała historia: lawa. Ci, którym czytanie nie wadzi, zapraszam dalej.

Nie chciało mi się iść na dwudniowy trekking. Powód był jeden. Byłam pewna, że będę się potwornie nudzić. Bo jak można iść na dwudniowy trekking na coś, co liczy zaledwie 1061 m n.p.m. Przecież to wycieczka na góra kilka godzin, myślałam. Miałam jednak nieco dość już hałasu miasta. Potrzebowałam spędzić więcej czasu na łonie natury, więc po dłuższym zastanawianiu zdecydowałam, że dwudniowy trekking, nawet, jeśli nie będzie bardzo wyczerpujący (a lubię, gdy jest), to da mi chwilę oddechu (to też czasem lubię).

Były nas cztery. Jessie świetnie znała te tereny. Co najmniej osiem razy była już na trekkingu na wulkanie Telica. Jej towarzyszka miała dopiero poznać trasę, by po kilku razach móc samej prowadzić grupy na szczyt.

Ruszyłyśmy z samego rana. Godzina jazdy autobusem, a potem kilkugodzinny marsz w górę, z licznymi przerwami na przekąski, łyk wody i pogaduchy, bo były nas w końcu cztery baby i szybko zaczęłyśmy się dobrze dogadywać.

Upał był wręcz barbarzyński. Nasze plecaki ważyły kilkanaście kilogramów. Każda z nas miała po osiem litrów wody, a oprócz tego rozdzielone sprawiedliwie jedzenie dla czterech osób na dwa dni, namioty, śpiwory, karimaty i wszystko, co potrzebne do skonstruowania bazy noclegowej. Te plecaki dawały się nam we znaki. Tu poczułam skutki mojego lenistwa. Nie miałam siły po raz kolejny wypakowywać wszystkiego z mojego plecaka, więc skorzystałam z plecaka pożyczonego: niedopasowanego dla mnie wzrostem, z nieregulowanym pasem biodrowym. No i dostałam nauczkę, bo cały ciężar zamiast dźwigać na biodrach, niosłam na ramionach, które z boleści barwiły się na czerwono.

Do stóp wulkanu dotarłyśmy już po kilku godzinach. Miałyśmy masę czasu na relaks na trawce z książką, na dalsze pogaduchy hiszpańsko-angielskie, na dzielenie się spostrzeżeniami z życia i planami na przyszłość. Myślałam, że jestem najstarsza, jak zwykle zresztą. Nie byłam jednak. Z Jessie łączył mnie nie tylko ten sam rocznik, ale też nieco podobne losy. Ona zrobiła sobie roczną przerwę w pracy, by pojeździć po świecie. Zostawiła narzeczonego w domu, w Belgii i ruszyła do Nikaragui. Zamierzała jednak powrócić do swojej pracy, choć dopuszczała różne inne możliwości.

Rozłożyłam karimatę i leżałam na niej wpatrując się w wyrastający przede mną stożek, którego szczyt skrywał się w chmurze gazów.

– Około siedemnastej ruszamy – zarządziła Jessie.

Najpierw miałyśmy jeszcze za dnia zerknąć w głąb wulkanu, by potem móc podziwiać zachód słońca nad sąsiednimi wulkanami i wzgórzami, a potem znów, już po zachodzie jeszcze raz zajrzeć w piekielną otchłań.

Byłam podekscytowana. Tak jakbym szła na spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Dławiło mnie w gardle, bo wreszcie miałam ją ujrzeć – prawdziwą lawę. Tyle już razy wspinałam się na aktywne wulkany i ciągle coś stawało na przeszkodzie. Tym razem miałam nadzieję, że tak nie będzie. – Może być różnie – Jessie studziła mój zapał. – Czasami, jeśli opary są zbyt gęste, nie widać niczego. Wiedziałam jednak, że ją zobaczę.

Im wyżej się wspinałyśmy, tym bardziej szczypało w gardle i nozdrzach. Ostry dym wdzierał się bez pardonu. Przyciskałam więc bawełniana szmatkę mocniej do ust i nosa. Oddychało się trudno. Im wyżej, tym trudniej. – Te gazy są niebezpieczne. – Tłumaczyła nasza przewodniczka. – Ponoć osiem minut to jest maksymalny czas, w którym można przebywać, będąc na nie narażonym.

Zaczynała boleć mnie głowa i przeszkadzały problemy z oddychaniem, ale byłam tu. Stałam przy krawędzi krateru, a w dole mrugało do mnie czerwone diabelskie oko. Rozpierała mnie ogromna radość. Tak, może to głupie, cieszyć się z widoku lawy. Ja cieszyłam się z kolejnego małego marzenia, które właśnie się ziściło. – Już czas na nas – zawołała Jessie. – Zbierajmy się stąd. Jeszcze wrócimy. – Głos jej nikł nieco w dźwiękach wulkanu, dławiony dodatkowo przyciskanym do ust materiałem.

Ruszyłyśmy w ślad za nią. Nie wracałyśmy jednak do obozu. Sunęłyśmy na inną część wulkany, na przeciwległe zbocze, tam gdzie najlepiej podziwiało się wschód słońca. Droga usiana była kamieniami i wulkanicznymi skałami. Wciąż się potykałyśmy. Po kilkunastu metrach mogłyśmy odłożyć ochronny materiał. Znów można było oddychać swobodnie. Obejrzałam się. Wulkan tonął w oparach, które nabierały powoli ciepłej poświaty. Zbliżał się zachód. CZYTAJ DALEJ

Komentarze   

0 # Viola 2017-11-04 02:31
Dobry, błyskotliwy, nowatorski - nic dodać, nic ująć.

Oby więcej takich artykułów na stronach.

Also visit my page www.mebleproducenci.pl/.../ www.mebleproducenci.pl/.../
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież