Stacja rangersów otwarta od szóstej rano – głosił napis przed wejściem. Spodziewanego tłumu chętnych nie było. Ostrzegał nas przed nim właściciel hostelu, twierdząc, że o pozwolenie na wejście do Parku Narodowego Chirripo (Kostaryka) i na najwyższy szczyt o tej samej nazwie, stara się każdego dnia wiele osób, a liczba biletów jest ograniczona do zaledwie czterdziestu.

Czytaj dalej...

Ulica była zastawiona samochodami. W większości skupiały się one wokół rozstawionych przy niewielkim budyneczku białych namiotach. Przy nich kręcił się tłum. Szyld budynku dumnie głosił, że w tym miejscu znajduje się towarzystwo przyjaciół dzieci. Jednak dzisiejszego dnia nie dzieci były tu w centrum zainteresowania, a psy i koty. Zbliżając się jednak ku namiotom, nie słyszałam żadnego ujadania, a jedynie rwetes i krzątaninę. To ktoś podjeżdżał i taszczył ze sobą klatkę ze zwierzakiem, to dwoje ludzi, trzymając za łapy, przetransportowywało z jednego pomieszczenia do drugiego uśpionego psa, to anestezjolog krzyczała, by przynieść jej kolejnego pacjenta.

Czytaj dalej...

W pensjonacie panowała cisza i spokój. Lubię takie miejsca. To nie kolejny hałaśliwy hostel, w którym człowiek nie może znaleźć dla siebie kąta. Pensjonat był wyjątkowo tani. Zupełnie nie potrafiłam zrozumieć tego fenomenu. Czysto spokojnie, a prywatny pokój kosztował mniej niż łóżko w okolicznych hostelach. Od kilku dni próbowałam zarezerwować tu pokój, ale wciąż słyszałam, że brak miejsc. Któregoś dnia po prostu poszłam tam z plecakiem i zostałam. Pokój się znalazł. Okazało się, że wcale nie tak łatwo o miejsce nie dlatego, że pensjonat jest przepełniony, ale dlatego, że właściciel wybiera sobie ludzi, którym pozwala u siebie zostać.

Czytaj dalej...

Usłyszałam jakiś trzask w zaroślach. W ciemności niczego nie mogłam dostrzec. Skierowałam w stronę, z której doleciał dźwięk latarkę czołówkę. Nim się zorientowałam, miałam już na głowie worek i traciłam przytomność. W tym momencie zerwałam się z łóżka. Za oknem było już ciemno. Sen o porwaniu nie wziął się znikąd. Wiedziałam, że wywołały go ciągłe opowieści o porwanych/zagubionych dziewczynach i dzisiejsza rozmowa z detektywem.

Czytaj dalej...

Zaczęłam się czuć niepewnie. Czułam jakąś złą energię krążącą wokół. Nie tyle wokół mnie, co wokół miasteczka Boquete (Panama). Dawniej tak spokojnego, w którym niewiele złych rzeczy się działo. Do czasu jednak.

Czytaj dalej...

Sygnał w telefonie rozbrzmiewał uporczywie. Nie chciał zamilknąć. A ja chciałam żeby został przerwany radosnym „halo” Reginy. Zamiast tego słyszałam głos sekretarki, nakazujący zostawienie wiadomości. Odłożyłam słuchawkę i spróbowałam ponownie. Sytuacja się powtórzyła.

Czytaj dalej...

– Myślisz, że masz pecha w podróży? – Zapytała Regina. – Ja zawsze miałam szczęście. – Po dzisiejszym dniu powinnam chyba stwierdzić, że tak, mam pecha. Ale nauczona doświadczeniem, staram się zawsze wierzyć, że po złych dniach przychodzą zawsze te dobre. – No to opowiedz, co jeszcze dziś oprócz zagubionego bagażu cię spotkało. – Zachęciła. – Lubię krwiste historyjki – Dodała żartem.

Czytaj dalej...