wt, 25 sierpnia 2015

Kąpiel w mleku

Czepialskiego zapiski. Blog Jurka Boja

Mogę powiedzieć, że 20 sierpnia moja droga przez Atlantyk dobiegła końca. Na mostku m/v „Lubie” ożyła UKF-ka, zaczęły płynąć komunikaty, rozmowy, a ja ich nie rozumiałem. Nie dlatego, że jestem analfabetą językowym. Nauczycielom języków obcych udało się coś wcisnąć do mojej głowy. Nie rozumiałem, ponieważ na wodach Kanady komunikacja odbywa się po francusku, a ja akurat francuskiego ni w ząb. No, ale Kanada jest dwujęzyczna więc na mostku nie panikowano. Z nami rozmowy prowadzi się po angielsku. Chcecie zapewne dowiedzieć się jak było na oceanie.

Na czas przejścia przez Atlantyk zaplanowałem zrobić trochę brakując w archiwum filmowym lanszafcików. Zachody i wschody słońca, chmury deszczowe, jakąś burzę, cumulusy i inne nimbusy. Nie da się bez przerwy rejestrować codziennego życia na statku płynącym ze stałą prędkością 11,5 węzła przez drzemiący ocean. Coś trzeba robić. Zaplanowałem też –uwaga - nie utyć. O schudnięciu nie wspomnę. Jadam więc skromnie i z umiarem, zakazałem sobie wyżerania z lodówki nocnych porcji. Tak trzymam.

Życie na statku ma swój rytm. 7:30 śniadanie. 8:00 zmiana wachty, obiad i kolacja zawsze o 12 i 18 ( w zaokrągleniu), zmiany wacht również. W menu pokładowym żadnych zmian od dziesięcioleci - jeśli chodzi o czwartek i niedzielę. Domyślacie się zapewne, że tradycja każe podać kurczakajako danie główne. Niedziela wyróżnia się dodatkowo kurą w formie płynnej, czyli rosołek z makaronem. Spokojnie. Nie zamierzam opisywać innych dni, bo zburzyłbym wyobrażenie o wykwintności statkowego menu. Na szczęście już nie tuczy się marynarzy jak gęsi, a liczba dostarczanych kalorii jest nieco mniejsza niż dawniej w polskiej flocie.

Zgodnie z planem nie objadam się, zrezygnowałem z pieczywa i makaronu, ziemniaki jeśli, to tylko gołe, a surówki owszem. Mimo oszczędnego korzystania z dobroci przygotowywanych przez pana kucharza, muszę jakoś te kalorie spalać. A na s/v Lubie jest gdzie. Na głównym pokładzie, za pralnią i magazynkiem stewarda, pana Józefa, za śmietnikiem po lewej i wejściem do maszynowni, wydzielono miejsce na siłownię. Rowerek, bieżnia, sztanga, ławeczka na brzuszki i materac. Ha! Redaktor, myślę sobie,masz okazję ruszyć mięsnie. Cały rok woziłeś siedzenie po Polsce, albo ugniatałeś fotelik w montażowni, teraz do roboty.

Ustawiłem na szesnastą alarm w dwóch telefonach i komputerze, każdy niewybrednymi słowami wzywa mnie do zejścia na główny pokład. I nie powiem, że lekceważę te wezwania. Codziennie (?) biegnę albo pedałuję. I tak, trzynastego sierpnia, gdy minęliśmy najdalej na południe wysunięte skały Wysp Brytyjskich, dałem sobie w kość. Potu wylałem miskę, koszulkę i spodenki wywaliłem do prania, a po prysznicu – tak, mam w kabinie, jak każdy marynarz, łazienkę z prysznicem, w dodatku nie ma w niej napisu: oszczędzaj wodę. Co wcale nie znaczy, że nie należy jej oszczędzać.

A więc, po tym wysiłku wyszedłem na pokład i przeraziłem się. Mój mózg ogłosił alarm: redaktor! przesadziłeś z wysiłkiem na bieżni i osłabił ci się wzrok, albo – co gorsze - ukradli ocean. Rozsądek podpowiada: opanuj się to tylko mgła. Idziemy w mlecznej mgle.

Dziobu nie widać więc widzialność oceniam na 150 metrów. Momentami jeszcze mniej. Wyobraźnia podpowiada, co może dziać się na mostku: oficer wachtowy biega ze skrzydła na skrzydło, kapitan wcisnął czapkę na głowę i go wspomaga dobrą radą, statkowy tyfon wysyła dźwięk ostrzegający inne nawigatorów…

Pędzę więc na górę, by ten spektakl obejrzeć, wpadam zdyszany na mostek – schodów pokonałem wiele – a tam … spokój, rutynowe zajęcia, oficer uważnie obserwuje AIS i radary, co dwanaście minut klepie w przycisk „ship saefty” meldując systemowi, że jest obecny i nie śpi.

- Mgła – mówię. - Gęsta ta mgła.

- No, tak. Jest mgła i co z tego? Zdarza się – słyszę od oficera.

- A wy tak spokojnie, nie obawiacie się jakiegoś zabłąkanego statku nagle wyłaniającego się przed dziobem, albo…

- Panie redaktorze, takie rzeczy miały miejsce w czasach już historycznych. Mamy dwa radary, mamy AIS, czyli system identyfikacji statków, a poza tym nasza karawana idzie szlakiem pustym. Największy ruch jest przy Europie. Za nami mamy tylko jeden tankowiec spieszący się do Nowego Jorku. Wyprzedzi nas za kilka godzin z lewej burty. I koniec. Mgła się poniesie, pojawi się horyzont, będzie miło. Jak to na Atlantyku o tej porze roku. Bo jesienią to trzymałby się pan zębami szotów, by z koi nie wypaść. Mgła przejdzie.

Mgła nie podniosła się. Kolejne dni płyniemy w mlecznej osłonie. Wokół cisza, żadnych buczków, żadnych dzwonów. Mógłby przepłynąć w odległości dwóch kabli „Latający Holender”, „Quinn Mary” albo innych duch oceanu, mogłaby grać w piłkę ręczną wielka kałamarnica, a my i tak nie zobaczylibyśmy - bo mgła.

Piątek – mgła.

Sobota – mgła.

Niedziela – mgła.

Ileż dni można obserwować mgłę na Atlantyku! Słońca na lekarstwo, a o landszaftach zapomniałem już. Zająłem się więc pracą, czyli filmowaniem życia na pokładzie. Przepraszam, pod pokładem.

O ósmej rano w biurze chiefa maszyny spotykają się mechanicy na „operatywce” i radzą, co trzeba rozebrać by złożyć, co wymaga naprawy, co planowo zakonserwować. To wygląda jak konsylium na oddziale chirurgii ogólnej. Przewodniczący konsylium, Chief mechanik, stylu dr. Hausa nie uprawia, ale tak jak u niego, pracuje się zespołowo. Jak coś nie gra, każdy może swą wiedzę i doświadczenie uruchomić, dopowiedzieć koledze, podzielić się przemyśleniami. A jak wiemy, panowie inżynierowie potrafią na morzu rozwiązać większość problemów.

Porównajmy statek do samochodu:

Silnik jest? Jest.

Zasilanie, znaczy prądnica, jest? Jest.

Chłodzenie też mamy? Mamy.

Nawigacja? A jakże.

A wspomaganie kierownicy czyli steru? Jest.

Nie ma jedynie, po prawej stronie sternika, paplającej na temat twojego stylu jazdy kobiety.

Jeśli posiadane przez ciebie cudo na czterech kółkach padnie, wzywasz pomoc drogową i pacjent jedzie do warsztatu. A co na środku Atlantyku? Wezwanie holownika nie wchodzi w grę, bo to szalenie kosztowne. (Czasami, rzadko, ale się zdarza) Warsztat jest więc na miejscu, panowie mechanicy w pogotowiu. Wyczuleni na każde niedomaganie mechanizmów, czkawkę, płacz alarmu. I jak zespół chirurgów w dużej klinice mają tak zwane operacje planowe i te ratujące życie.

Pan mechanik potrafi wiele, ale czasem musi robić cuda. Powiedzmy, że padła jakaś pompa. Producentowi pomylił się skład żeliwa i odlał ją z wrażliwego na warunki morskie. Na lądzie dzwonisz do hurtowni albo producenta, podajesz typ i za dwa dni kurier dostarcza zamówienie. A na statku, na środku Atlantyk czy Pacyfiku trzeba jakoś poradzić sobie. Pomyśleli, podyskutowali i problem rozwiązali wyklejając wnętrze pompy czymś tam. Czym, to oni wiedzą najlepiej.

Statek narażony na czynnik morski, drgania, napięcia, przeciążenia sztormowe wymaga codziennej uwagi panów mechaników.

Środa – mgła.

Czwartek – mgła,

ale w południe mgła rozwiewa się.

Na bliskim horyzoncie pojawia się zamglony ląd.

Oto jestem na kontynencie Północno Amerykańskim. Hura, hura, hura!

Wydawało się, że to już koniec mleka, ale nie:

Piątek –mgła.

Atlantyk znowu zakrył się kołderką i nie pozwala oglądać wybrzeży Nowej Funlandii. Również 19 sierpnia, choć z góry przebija się słońce, a powietrze ma ponad 20 stopni, nad wodą nadal wisi mgła. Słońce pokazało się dopiero po wejściu na szlak rzeki Św. Wawrzyńca, 21 sierpnia. Tego dnia wstałem o godzinie 5:00 czasu lokalnego. Słońce wstało chwilę później, dało się filmować. O godzinie 6:00 na pokład wszedł pierwszy z wielu pilotów jacy staną na mostku w trakcie naszego rejsu po Wielkich Jeziorach Amerykańskich. Dał się sfilmować.

Matka Natura pozwoliła mi popatrzeć na białe wieloryby, lokalny skarb przyrodniczy, płynące ku sobie tylko znanemu celowi. Potem przyszły chmury, niska mgła i zaczęło padać. Czym ja jej podpadłem, że omija mnie słoneczna pogoda? Za kilkadziesiąt godzin rzucimy cumy w pierwszym w tej podróży porcie: Cleveland.

cdn.

Jerzy Boj

Jestem dziennikarzem na emeryturze, ale nadal aktywnym w tym, co robiłem całe życie z największą przyjemnością. Realizuję się więc w filmowaniu i montowaniu tego, co zapisze kamera, w podróżowaniu i obserwowaniu świata. Sprawia mi przyjemność poznawanie  nowych technologii telewizyjnych. Nadal lubię morze i rejsy w nieznane. Poza tym znielubiłem politykę i już nie ronię łez nad upadkiem polskiego dziennikarstwa. I prawdą jest, że chętnie przeniosę się na Sri lankę, jeśli dostanę taką propozycję :). 

Komentarze   

0 # Vallie 2016-06-04 00:22
Hello, i feel that we saw you visited my blog thus i got here to go
back the want?.I'm wanting to to locate issues to
enhance my website!I suppose its good enough to work with a few
of your ideas!!

My web page - LoganVPaez: wskqy.4000080522.com/.../...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Sonya 2016-05-27 04:24
Can you mind should i quote a few of your respective articles as long as I
provide credit and sources to your blog?
My website is within the exact same niche as yours and my users would truly benefit from most of the
information you provide here. Please let me know if it alright
with you. Appreciate it!

Stop by my website; KashaOTozier: titaniummetal.com.cn/.../...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Grazyna Ogrodnik 2015-08-30 16:49
Dzieki za wspaniala relacje. Moj maz jest na tym statku. Ciekawa jestem filmow. Pozdrawiam serdecznie.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # 456 2015-08-25 14:48
Świetnie się czyta!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież