śr, 09 września 2015

Do Thunder Bay

Czepialskiego zapiski. Blog Jurka Boja
Do Thunder Bay Fot. Jerzy Boj

- Lubi, Lubi, trafic control… - odzywa się w radiu miły kobiecy głos.

- Trafic control, Lubie, good morning… - odpowiada na wywołanie oficer wachtowy.

Tak zazwyczaj rozpoczyna się dialog ze stacją brzegową, pilotową czy innym zainteresowanym rozmową z nami obiektem.

„Lubi” – tak brzmi po angielsku nazwa naszego statku. Po czterech dniach postoju w Cleveland, wychodzimy w morze. Bardziej chciałoby się powiedzieć na jezioro, ale jakoś nie wypada. Na jezioro to kajakiem, a to poważny statek, tramp jeziorowy. Dzielnie przedreptał z prędkością 12 węzłów Atlantyk, wspiął się na wysokość 183,5 metra na jego poziom, słucha załogi jak dobry ogar. Chwała ci za to produkcie stoczni chińskiej, domu mój tymczasowy m/v Lubie.

Staliśmy więc w Cleveland niemal w sercu miasta, przy stadionie dziwnej piłki, a punktem orientacyjnym był budynek bardzo podobny do PKiN. Gdyby nasz Pałac Kultury i Nauki ogołocić z ozdób, różnił by się niewiele od tego w Cleveland. Niczym, prócz wnętrza. Bo to najstarszy w mieście dom handlowy, z kilkudziesięcioma sklepami, dostępem do kolei podziemnej, strefą fast-foodów, slow-foodów, china-foodów, greeks-fastfoodów z McDonaldem w tle. Na piętrze jest Rock Cafe, ponoć kultowa , a na pewno droga. Piwo wypiłem tanio bo akurat trafiłem na szczęśliwe godziny.

Pałac handlu i żarcia nie jest jedynym wysokościowcem w Down Town. Królują biura i banki w ładnych i brzydkich wieżowcach, knajpy i bary otwarte od dwunastej (lunch time) oraz parkingi (all day). Parking musi być niezłym interesem jeśli zajmuje się w centrum dzielnicy przestrzenie na kilka (kilkanaście?) tysięcy aut. Cóż, za godzinę postoju „od ręki „ płacisz 9$. Większość miejsc zajmują pracownicy okolicznych firm, więc płacą mniej. Nie martw się, jeśli parkujesz służbowo, to doliczysz koszt parkowania do rachunku klienta.

Down Town jest dzielnicą nudną. Ludzi spotykasz około dziewiątej lub dziesiątej. Pod biurami widuje się grupki palaczy wentylujących sobie płuca „amerykanami”. Po siedemnastej na ulicach znowu robi się tłoczno. Ludziska pędzą do domu, albo do restauracji przy St. Clare Av. na obiadek ze znajomymi. Służbowo? A kto to wie.

Jak ma się ochotę na piwo za 7 dolarów kufelek, albo stek za 25 plus 7% podatku to tylko tam. Nie przeczę, wypiłem piwo, zjadłem w miłym towarzystwie stek (wołowy!), przekonałem się, że mój angielski jest komunikatywny, aczkolwiek część Amerykanów mnie nie rozumie, a tym bardziej ja ich. Na szczęście są to ludzie serdeczni, uśmiechają się, cierpliwie pomagają dogadać się i dzięki temu unika się stresu.

Po czterech dniach postoju wychodzimy z Cleveland 28 sierpnia wieczorem. Lżejsi o wiele ton, mniej zanurzeni. Nie spiesząc się, następnego dnia o świcie meldujemy się na redzie portu Burn Harbor (Harbor – proszę nie poprawiać).

Zastanawiało mnie dlaczego Płonący Port. Czy to Indianie byli uprzejmi puścić z dymem osadę, czy komuś upadł papieros w składzie słomy. Ani to, ani to, ani nic podobnego. Odpowiedź sama nasuwa się bez specjalnego wysiłku umysłowego.

Oto mamy 31 sierpnia 2015 roku. Godzina 6:00 lokalnego czasu. Wschodzi słońce. Mgła. Wieje południowo-zachodni wiatr niosący ze sobą niemiły, kwaśno-słodki, piwniczno-niedookreślony smrodek smogu.

Wiatr niesie nie tylko zapachy, ale też odgłosy. Z jednej strony warczą potężne silniki lokomotyw, z innej odzywają syreny jakby holowników, co jakiś czas coś tak okropnie walnie, że aż mgła się ugina.

Słońce po naszej lewej burcie zachowuje się jak 20 albo i 30 lat temu nad Śląskiem. Niby jest, ale go nie ma. Czerwona kula przefiltrowanego przez brudną mgłę światła.

Gdy jesteśmy prawie w główkach podchodzi do burty mały holownik, pyrkoce i dymi swoimi dieslami, a wygląda jak pływający koleś z kreskówek Disneya.

Wreszcie to, co wyłoniło się z mgły i mroku, dało mi odpowiedź dlaczego ten port i to miasteczko nazwano pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku Burn Harbor. Przed nami otworzył się widok na wielki ośrodek przemysłowy. Rozpoznałem charakterystyczne sylwetki pieców martenowskich (wyrzucają z siebie niebieskie płomienie), zwaliste hale walcowni (parą buchają), wyalienowana koksowania (kwaśny czad rozsiewa), pomiędzy nimi pochodnie spalające jakieś gazy (ogień i dym) – i to właśnie one narzuciły nazwę miastu. Nazwę, którą wybrano z czterech propozycji nadesłanych przez mieszkańców na ogłoszony konkurs.

Wchodzimy do portu. Pilot z Kanadyjskiej Korporacji Pilotów, mówiący znakomicie po polsku –pozostanie anonimowy na wyraźne życzenie – skrupulatnie przygotowuje kapitana i chiefa pokładowego do cumowania. Planuje manewr na swojej mapie, przestrzega przed pułapkami, prosi o stand by kotwicy rufowej. Później, przy śniadaniu przyznał mi, że zawsze ma tremę wchodząc do portu i lubi przewidywać do przodu ewentualne wydarzenia. Na szczęście wszystko poszło gładko i bez problemów. Statek został obrócony, cofnięty, zacumowany i po podniesieniu pokryw zaczął się wyładunek stali. Z Europy do USA, do magazynów w pobliżu wielkiego kompleksu hutniczego, wyładowywaliśmy ciężkie zwoje drogiej blachy. Paradoks? Nie, to tylko biznes.

Dokąd możesz wyjść w Burn Harbor? Jeśli nie skorzystasz z pomocy przewielebnego z Seaman’s Mission of Chicago nigdzie. Zawiózł nas – marynarzy – do wielgaśnego centrum „szopingowego” i przywiózł z powrotem. W jedną stronę około 40 minut. Kto miał konkretne zakupy spisane na karteczce cel osiągnął. Kto nie bardzo wiedział po co tam pojechał (ja) ten się zawiódł.

Amerykańskie centra są jota w jotę skopiowane od nas. Różnic zauważyłem, co najmniej trzy. Primo, ceny są w dolarach i nie warto zastanawiać się nad przelicznikami. Taniej nie będzie.

Secundo, nie zawsze w sklepie z elektroniką mają to, co oferują na wystawie. Bardzo im przykro z tego powodu.

Tertio, nigdy w Polsce nie widziałem chorobliwie otyłej osoby śpiącej nad stertą niedojedzonych hamburgerów z McD. Widok porażający. Oby u nas nigdy do tego nie doszło na co trudno liczyć.

W Burn Harbor z racji upływu kontraktu dokonała się częściowa wymiana załogi. Zeszło 8,1 procenta i tyleż przyleciało z Polski na „podmiankę”. Mamy więc nowego drugiego oficera i nowego starszego marynarza. Wsiedli, miło się przywitali z nieznajomymi i zabrali się do pracy – czują się na statku jak swoim. To się nazywa doświadczona kadra morska.

Smrodliwy, bardzo przemysłowy Burn Harbor pożegnaliśmy wieczorkiem 1 września. Skończył się darmowy dostęp do sieci WiFi, skończyły się opowieści o upolowanych okazjach (bez dwuznaczności proszę) i wyruszyliśmy do Milwaukee.

Nocny przelot trwał tyle, co jazda z Gdańska do Jelenie Góry sypialnym - 12 godzin. Na trawersie mijamy Chicago, by zacumować w porcie oddalonym od niego jakieś 1,5 godziny jazdy pociągiem. W przestrzeniach amerykańskich to tylko rzut beretem.

Z tym Milwaukee miałem pewien problem. Mówiono, że stajemy blisko miasta, ale jest do niego cholernie daleko. Trzeba iść najpierw w lewo, potem w prawo.

- Z buta to kaaaawał drogi – dodawali znawcy tematu.

I rzeczywiście to kaaawał drogi. Port od linii komunikacyjnych za torami oddziela strefa przemysłowa. Droga wzdłuż brzegu nie została przystosowana do ruchu pieszego. Poszedłem więc ze dwa kilometry na południe pod wielką estakadą w budowie. Skręciłem na zachód, potem miałem iść wzdłuż ulicy prowadzącej na północ. Wieżowce Down Town ( a jakże, tu też jest taka dzielnica) widziałem w porannej mgle. Każdy krok przybliżał mnie do upalnego dnia.

Chcąc upewnić się, czy trafię tam gdzie planuję, zapytałem jakiegoś gościa z sekatorem, czy idę w dobrym kierunku. Wypytał mnie dokąd idę i kim jestem, a następnie zaproponował podwiezienie. Nie spodziewałem się, że zamiast w trzy godziny znajdę się w mieście w dwadzieścia minut.

- Lubisz skocza? – zapytał na początku drogi.

- Owszem, nie gardzę, ale wolę dobrego burbona. – odparłem zgodnie z prawdą.

- To pokażę ci miłe bary – rzekłszy te słowa skręcił w głąb mijanej dzielnicy.

I pokazał mi bary z dobrym, jak podkreślał, tanim Burbonem oraz lokalną gorzelnię. Do gorzelni spóźniłem się, a bary – jak się później okazało - zamknięte.

Jak postrzegam Milwaukee. Jak na jeden upalny dzień wędrówki po ulicach, w otoczeniu wieżowców, miasto zapamiętam jak najlepiej.

Najbardziej podobała mi się dzielnica o nazwie Historical District, do której doprowadził mnie nadrzeczny bulwar. Poczułem się tam, jak w zabytkowym centrum. I znowu skojarzenia z amerykańskimi filmami, ale tym razem z dramatami rozgrywającymi się w uboższych dzielnicach. Żadnych wieżowców, szkła czy aluminium. Domy z pierwszej połowy XX wieku, a może wcześniejsze o klasycznych dla tego okresu sylwetkach. W byłej hali targowej urządzono - obok stoisk handlowych sprzedających gotowe, świeże produkty jak sałatki, wędzone ryby, specjały słodkie i słone, chińskie i żydowskie - knajpki nastawione na smaczny posiłek ale też szybkiego klienta. Tam nie posiedzisz. Zjadłeś, rachunek i wynocha, bo następny czeka.

Obejrzałem więc te miejskie „starocia”, w hali zjadłem typową rybę dla Wielkich Jezior, czyli tuńczyka i poszedłem dalej.

Odkryłem też informację turystyczną, co mnie ucieszyło. Chciałem wiedzieć, gdzie jest najstarsze miejsce, dom, plac w mieście. Nie otrzymałem odpowiedzi, bo pracownik jej nie znał.

- Yes, good question. I do not know. Sorry – przeprosił z uśmiechem.

Późnym popołudniem ruszyłem w drogę powrotną. Nie będę jej opisywał, bo była długa i wyczerpująca. Zdradzę tylko, że trasa powrotna prowadziła przez dzielnicę meksykańską, bar meksykański (bądź ostrożny – ostrzegł mnie Meksykanin, gdy się z nim żegnałem po dwóch piwach), restaurację meksykańską (Poproszę to, co najchętniej jada twoja mama- seniora. Dostałem pyszne danie.)

Policjanci na harleyach wskazali mi drogę, którą i tak wcześniej wybrałem, ale pytali kim jestem i dokąd idę. Bo tylko menel, idiota albo nielegalny chodzi piechotą.

Dotarłem wreszcie na skrzyżowanie, na którym powinienem skręcić w lewo. Coś mnie jednak podkusiło pójść prosto i nie żałuję. Okazało się, że 30 minut od statku położona jest zwykła dzielnica ze sklepami, barami i ludźmi. Nie jakieś tam Down Town z białymi i niebieskimi kołnierzykami za biurkami w wysokich błyszczących wieżowcach.

Niestety, nie mogłem sobie pozwolić na szczegółowe poznanie tego intrygującego miejsca, bo czas mnie gonił. Tablica głosiła: 22:00 załoga na burcie. (Nie, nie wychodziliśmy jeszcze w morze, ale port zamykają o 22:00 - na głucho.)

Owszem, spóźniłem się na trap o cztery minuty, a to dlatego, że spotkałem po drodze naszego kapitana i wpadliśmy na jedno piwo do baru nieopodal. Baru pełnego gadatliwych lokalesów.

Następnego dnia, przed zachodem słońca, m/v Lubie z pustymi ładowniami opuścił Milwaukee obierając kurs na Thunder Bay czyli Zatokę Burz lub Zatokę Sztormów.

Po wyjściu z portu po pokładzie zaczęły chodzić sprawdzone i niesprawdzone wieści. Jak to na statku.

- Ponoć z biura przysłali do „starego”, że idziemy do Maroka - słyszę.

- Ponoć do Tangeru – ktoś dodaje.

- Ponoć do Casablanki. Świetny port, ale jak przyjdzie fala z Atlantyku to rwie cumy – dodaje inny.

- No, ale tam to dopiero może być przepał. Tydzień postoju na redzie murowany.

- Nawet dwa tygodnie. Pamiętam jak…

- Ciekawe, czy wymiana w Maroku, czy może popłyniemy do Ijmuiden.

- Pamiętam, jak dwa dni przed wejściem statek dostał dyspozycję do Brazylii. Wyładunek i do Brazylii. Samolotem wracaliśmy z lotniska Króla Hassana.

- A może załadujemy fosfaty do Polic. To byłoby nieźle – ktoś marzy.

- Byle wejść do Europy. W Europie jak w domu – woła młodsze pokolenie.

- Panie red. Widzisz pan, to jest tramp. Nie znasz ani dnia, ani godziny – filozoficznie pociesza mnie jakiś głos.

Takie gadki chodzą po statku, a przecież wszyscy wiedzą, że tramp dostaje dyspozycje w ostatniej chwili. W dodatku masowiec z wrażliwym ładunkiem w ładowni musi czekać na bezdeszczową pogodę. Rzadko można określić, czy wyjdzie się z portu za dwa dni czy za pięć. A w portach kongestii czeka się na redzie dwa dni, a czasem tydzień albo i dwa. Życie marynarza na takim statku jest pełne niespodzianek. Ja ich doskonale rozumiem - ckni się do domu. Niektórzy są już na statku od czerwca. Inni chcieliby dokończyć rozpoczęte prace w domu. Mógłbym też podejrzewać, że chcą, by red. odrobinę spanikował, że zabiorą go do Brazylii. Nie wiedzą, że red. lubi niespodzianki.

Gdy rzucimy cumy w Thunder Bay i zanim zacznie się horror pełen pyłu, plew, ziarna i wielokrotnego przestawiania statku, horror noszący tytuł: załadunek pszenicy, przyjedzie inspektor w celu sprawdzenia czystości ładowni. Inspektor nie powinien znaleźć ani jednego ziarenka z poprzedniego ładunku. Ładownia musi być sucha, studzienki odpływowe suche i zabezpieczone jutą, sucho na podłodze, ani grama kurzu, śladów oleju, gumy opon sztaplarek, resztek stali, rdzy. Dlatego cała siedmioosobowa załoga pokładowa pod wodzą bosmana ruszyła do roboty już następnego dnia po wyjściu z Milwaukee. Oj, niełatwa to robota.

Ładownia ma ponad 13 metrów wysokości - każda z sześciu. Na upartego schowa się w niej budynek wielorodzinny z płaskim dachem. Największa ma ponad 7 tysięcy metrów sześciennych. I teraz uwaga: każdą z sześciu ładowni trzeba wysprzątać, podłogę umyć mydłem, ściany umyć wodą pod ciśnienie (bywa, że buduje się rusztowanie), by śladu po pyle nie było. Szczeliny, każdy zakamarek strumieniem wody oczyść, a pokrywy luków wypucować. Piątek odbyło się sprzątanie, mycie i pompowanie zęz. W nocy suszenie ciepłym powietrzem. W sobotę osuszanie mopem studzienek, doczyszczanie i zakładanie juty na pokrywy. Gotowe.

Gdy pierwszy raz schodziłem na dno ładowni duszyczka wyłaziła mi na ramiona wpijając się pazurkami w szyję.

- Przecież wchodzisz do pionowej sztolni koloru czerwonego – mruczała oburzona. - Do trzymania masz stalowe szczeble, na głowie kokilkę, na szyi kamerę. Zastanów się. Szczebel uskoczy spod dłoni i zaatakuje twarz, a drabina wyssie z ciebie całą energię i zwalisz się w dół jako ten kloc.

Nic takiego nie miało miejsca, przypomniałem sobie zasady poruszania się po takich zejściówkach i duszyczka wróciła na swoje miejsce. Obrażona.

Praca marynarzy na statkach wożących od cukru, przez rudę, po węgiel, zboże, fosfaty i stal nie jest najłatwiejsza. Nie tylko trzeba dbać o ładownie, czyścic je, oczekiwać na inspektorów, ale wiedzieć jak się z każdym z takich ładunków obchodzić, by dotarł do punktu przeznaczenia w stanie w jakim został nadany.

Żeby popłynąć z Milwaukee do Thunder Bay musieliśmy obrać kurs na północ, potem przez parę godzin na zachód odnogą Lake Huron następnie skręcić w lewo na północny-zachód i prześlizgnąć się zygzakiem miedzy pięknymi wyspami. Późnym popołudniem mój wrażliwy nos wyczuł Kanadę. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanych sosen. Mnie on przypomniał letni rozgrzany dzień w górach, pachnący żywicą i olejkami unoszącymi się nad kosodrzewiną. Może to i żywica…

Do ostatniej na tym szlaku śluzy, najstarszej w całym zespole, dopłynęliśmy późno w nocy. Około północy załoga została wezwana na manewry.

Nad najstarszą śluzą, a w zasadzie zespołem śluz, powiewa flaga amerykańska, a zarządza nią wojsko. Przez St. Marie Lock mogą przechodzić największe słodkowodne frachtowce pływające tylko powyżej Welland Canal. Gdy zapytałem kanadyjskiego pilota o widoczne w słabym blasku lamp nieoświetlone śluzy odparł:

- W tym miejscu zaczęła się historia całego szlaku żeglugowego. Dwie najstarsze śluzy już dawno odstawiono. Nie wiadomo, czy będą remontowane. Największe statki przeprawia się tą w której jesteśmy – szersza od tych na dole. Mniejsze tą obok - wskazał na pustą śluzę po lewej. – Planowana jest następna, nowoczesna, ale Obama nie dał pieniędzy – dodał z przekąsem.

I tak, w ciągu dwóch dni znaleźliśmy się na Lake Superior czyli Jeziorze Górnym, 183,5 metra nad poziomem morza. Po dziesięciu godzinach sonda wyświetliła 235 metrów głębokości. Największa głębia w Superior ma ponad 1200 stóp, a dokładnie 373,68 m. Dno Lake Superion w tym miejscu jest więc poniżej poziomu morza. W niedzielę wejdziemy do Thunder Bay.

 

Jerzy Boj

Jestem dziennikarzem na emeryturze, ale nadal aktywnym w tym, co robiłem całe życie z największą przyjemnością. Realizuję się więc w filmowaniu i montowaniu tego, co zapisze kamera, w podróżowaniu i obserwowaniu świata. Sprawia mi przyjemność poznawanie  nowych technologii telewizyjnych. Nadal lubię morze i rejsy w nieznane. Poza tym znielubiłem politykę i już nie ronię łez nad upadkiem polskiego dziennikarstwa. I prawdą jest, że chętnie przeniosę się na Sri lankę, jeśli dostanę taką propozycję :). 

Komentarze   

0 # Stewart 2018-05-05 02:53
Amazing blog! Is your theme custom made or did you download it
from somewhere? A design like yours with a few simple adjustements
would really make my blog stand out. Please let me know where you
got your theme. Thanks a lot

My website; chocolate: liftheightinsoles.com
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Lucile 2018-05-04 10:34
Hello, I think your web site could possibly be having browser compatibility issues.
Whenever I look at your site in Safari, it looks fine however, if opening in IE, it's got some overlapping issues.

I merely wanted to give you a quick heads up!
Besides that, excellent site!

Also visit my site; chocolate: www.tallerheels.com
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Renate 2017-08-01 11:10
I have read so many articles concerning the blogger lovers but this paragraph is really a pleasant paragraph, keep it
up.

Look into my web page; foot pain diagram - gemmahert.blog.fc2.com: gemmahert.blog.fc2.com,
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Kieran 2017-07-31 08:15
Way cool! Some very valid points! I appreciate you writing this
article and the rest of the website is also really good.


Feel free to surf to my weblog :: foot pain big toe joint [http://aromati ccontain12.jimd o.com/: aromaticcontain12.jimdo.com]
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Alejandro 2017-07-31 03:03
I like the helpful info you provide in your articles.
I'll bookmark your weblog and check again here regularly.
I'm quite certain I will learn plenty of new stuff right
here! Good luck for the next!

Take a look at my blog post: foot pain gabapentin (elnablong.hate nablog.com: elnablong.hatenablog.com/.../. ..)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Alejandrina 2017-07-30 20:54
I am regular reader, how are you everybody?
This post posted at this website is in fact nice.


Also visit my page :: c diff and foot pain - shantelltwedt.hatenablog.com/: shantelltwedt.hatenablog.com/. ../ -
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież