czw, 17 września 2015

Ku Afryce

Czepialskiego zapiski. Blog Jurka Boja

A jakże inaczej - burza, mgła, ulewny deszcz – tak nas przywitała Zatoka Thunder Bay. Nie było sztormowego wiatru, ale jak mnie zapewniali doświadczeni bywalcy, fale mogą tu osiągać wysokość trzech metrów. Są wrednie strome i krótkie. Późnym wieczorem 5 września stanęliśmy w Zatoce Thunder Bay. Kotwica trzyma, statek obraca się dziobem do północnego wiatru, na niebie gwiazdy, w powietrzu zapach sosnowego lasu. Jest ciepło. Kotwicę rzuciliśmy na 48 stopniu 25 minucie 179’ szerokości północnej. Czyli szerokość przebiegająca gdzieś przez południową Polskę.

Stoimy na samym końcu Lake Superior, na terytorium Kanady w prowincji Ontario. Pilot już dawno opuścił, by objąć kolejny statek idący tym razem w dół szlaku Wielkich Jezior. Za rufą „Lubie” widać Śpiącego Giganta, formację skał na półwyspie Sibley, przypominającą leżącego na plecach Indianina z charakterystycznym orlim nosem. Jest symbolem miasta.

 

Stoimy na redzie niewielkiego portu, którego głównym, dominującym akcentem są trzy wielkie elewatory. Naszym celem jest ten po prawej, skrajnie odległy od centrum miasteczka. Keja jest jeszcze zajęta, ale wszystko wskazuje na to, że nie będziemy czekać zbyt długo na zacumowanie. Za falochronem, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca pospiesznie lądują niewielkie samoloty – hydroplany – będące dla niektórych osiedli w głębi kontynentu jedynym szybkim środkiem komunikacji z ośrodkiem administracyjnym, szpitalem cywilizacją. Zapadają ciemności, miasto żarzy się pomarańczową poświatą wzdłuż wybrzeża zatoki.

 

- Ten wiatr zapowiada deszcz – obwieszcza Grzegorz, trzeci oficer obejmując wachtę. Rzeczywiście. W wiejącym z północy wietrze czuło się wilgoć, a na niebie pojawiły się chmury stopniowo przesłaniające wysokie gwiazdy. W nocy obudził mnie jakiś huk. Przewróciłem się na drugi bok uznając, że to jakieś nocne przywidzenie. Jednak nie, znowu walnęło. Wyglądam przez bulaj, a tu potoki wody, pioruny, łomoty. Burza i ulewa popędzana wiatrem. Spóźnione powitanie w wykonaniu Thunder Bay. Padało do ósmej rano, a potem podniosła się mgła i otuliła statek aż do trzeciej ładowni.

 

Znowu mgła.

Pierzyna snuła się po zatoce, statki odzywały się dzwonkami, a to znowu syrenami, zaś od góry przygrzewało słońce. Momentami zatoka wyglądała jak z opowieści o tajemniczym cmentarzysku starych statków. Ponad gęstą mgłą pojawiały się maszty, nadbudówki, albo z tumanu wychylał się tylko kawałek dziobu. W chwilowym okienku powstałym w mgle podglądałem przez lornetkę horror dziejący się nad poprzedzającą nas jednostką stojąca pod elewatorem. Wielka, wielka chmura pyłu otulała cały statek. To samo czeka nas jutro, w poniedziałek. Za pamięci, by nie utonąć w zbożowym pyle, zamknąłem szczelnie bulaj.

 

Do załadunku wszystko przygotowane. Załoga pokładowa ciężko pracowała przez ponad dwa dni myjąc mydlikiem podłogi sześciu ładowni, spłukując ze ścian najmniejsze ślady kurzu i pozostałości poprzedniego ładunku pszenicy, uszczelniając wojłokiem studzienki. Kto twierdzi, że marynarskie życie płynie powoli od portu do portu, ten jest w błędzie. Pływanie na jeziora, to ciężki kawałek chleba. Najgorzej jak trafi się – jak nam - nocne przechodzenie śluz.

 

O dospaniu mowy nie ma. Manewry i gotowość na całej trasie. Marynarze na dziobie i rufie gotowi podać stalówki, rzucić kotwicę. Na szczęście właściciele śluz, rządy Kanady i USA, instalują przyssawki eliminujące konieczność podawania stalowych lin. Zresztą nie tylko oni są w pogotowiu.

 

Kapitan – Jacek Kurpiel – doświadczony „jeziorowiec” uczestniczy w każdych manewrach, taka rola kapitana. Towarzyszy pilotowi podczas manewrów, taki obowiązek kapitana. Oficerowie drugi i trzeci dowodzą operacjami na rufie i na dziobie. Mechanicy pilnują swoich koni mechanicznych i kilowatów, by statku nie sparaliżowało w najmniej ku temu odpowiedniej chwili z powodu braku energii i napędu. Też nie sypiają.

 

Kadeci zaś, poprzez pracę jako o/s poznają, czym jest życie wilków morskich. Ciekawe, czy któryś z nich podejmie decyzję zmiany planów życiowych i pozostanie na lądzie. I tak może się zdarzyć. Stoimy więc na kotwicy na wodach Thunder Bay. Burza za nami. Prognozy pogody są optymistyczne. Chief pokładu, pan Jerzy, co jakiś czas wpada na mostek sprawdzać stan balastów. Coś tam notuje, liczy, przelicza, planuje, pokrzykuje, czasem warczy. Zbiera niezbędne informacje ile i w jakim zbiorniku mamy wody. Musi to wiedzieć precyzyjnie, by móc kontrolować stateczność statku podczas załadunku tysięcy ton pszenicy. Fajny facet, widać, że ma wiedzę jakiej można pozazdrościć. Cóż, na tym stanowisku trzeba wiedzieć wszystko, prawie wszystko. Od tego, jak Chief załaduje statek, zależy, czy będziemy płynąc bezpiecznie.

 

Pamiętam, jak na Żeraniu, którym płynąłem dobrych parę lat temu po europejskich portach, chief ślęczał nocami nad tabelkami, liczył i przeliczał, rysował ustawienia kontenerów. Teraz są specjalne programy wspomagające załadunek. Mimo to, w biurze pokładowym na szocie wisi dratwa z ciężarkiem na dole, jest i pozioma linia z podziałkami, jest i kadet z UKF-ką wpatrzony w podziałkę. Tę dratwę z podziałką nazywamy pionem – to dla przypomnienia. Co jakiś czas kadet odzywa się.

 

- Jedna na lewą burtę – skrzeczy radio Chiefa.

Pajpa przesuwa się pod prawą burtę i rzyga ziarnem.

- Teraz pół na prawą – melduje kadet. Znowu pajpa w ruch.

- Jest zero – krzyczy do Chiefa obserwator pionu w biurze pokładowym. Najstarsze ciesielskie metody najpewniejsze. I jeszcze przegłębienie czyli trym statku. Chief, co chwila zbiega po trapie, pędzi na dziób, notuje zanurzenie. Potem gna na rufę i notuje zanurzenie. Po drodze patrzy na znaki na śródokręciu. Też notuje. Na podstawie tych parametrów, posiłkując się wiedzą o liczbie ton paliwa potrzebnego na przejście Atlantyku, wody i wielu innych danych oblicza ile ton ładunku można wsypać do ładowni.

Taki załadunek to też swego rodzaju widowisko. Taniec pajp, shifting statku i wędrujący z wiatrem niemiłosierny kurz i plewy wydostające się z rur. Jak podczas omłotów. Gdy wieje za burtę to w porządku, ale jak na nadbudówkę, to potem wszystko pokryte jest warstwą plew i pyłu. I to właśnie czeka nas pod elewatorem.

W poniedziałek o szóstej rano podchodzi pilotówka, a przy burcie meldują się dwa małe holowniki. Wchodzimy do Thunder Bay.

 

Sztuka z zacumowaniem pod wielkim elewatorem polega na tym, by szpringi (to te liny, które patrzą od dziobu i rufy ku śródokręciu) i cumy były na tyle długie, aby bez zbędnych operacji na polerach można było przesunąć statek wzdłuż kei (shifting). Takie manewry są potrzebne, gdy zapełnią się ładownie i trzeba pod pajpy podstawić kolejne albo zrobić dosypki. Marynarze nienawidzą tej czynności, ale cóż…

 

Gdy już wszyscy byli pewni, że nie będzie padać, pokrywy podniosły się, a pajpy, czyli teleskopowo składające się rury zadymiły kurzem i wypluły do ładowni pierwsze porcje kanadyjskiej pszenicy, którą zawieziemy przez Atlantyk kupcom w Maroku. Z godziny na godzinę statek osiadał głębiej i głębiej. Ładunku przybywało.

 

Miasto.

Thunder Bay powstało z połączenia opisywanych przez Fidlera i Curwooda Fort William (1683r.) i Port Arthur (1883r.) rozdzielone małą górską rzeką oraz niedalekich, geograficznie przynależnych Neebing i McIntyre. Połączenie formalnie nastąpiło 1 stycznia 1970 roku. Nad nazwą dyskutowano znacznie wcześniej i dość długo, a propozycji było sporo. Zarząd miasta ostateczny wybór pozostawił lokalnej społeczności. Ogłoszono plebiscyt, w którym współczesna nazwa nieznacznie wyprzedziła proponowaną również „Lakehead”.

 

T-Bay – nick popularny wśród mieszkańców – jest szóstym, co do wielkości portem wywozowym w Kanadzie, a numerem jeden na St. Lawrece Seaway System.

Przez miasto przebiega transkontynentalna linia kolejowa obsługiwana przez Canadian Pacyfik Railway. Do 1990 roku na dworcu w T-Bay zatrzymywał się transkontynentalny pociąg Atlantyk – Pacyfik. Można było przejechać kontynent jak na koleją transsyberyjską. Od dnia likwidacji tego połączenia ruch pasażerski na tym szlaku zamarł. Nie upadł natomiast transport towarów. Pociągi są długie, bardzo długie. Na przejeździe można stać i trzydzieści minut oglądając przesuwające się przed maską samochodu wagony. Dwie, a czasem trzy lokomotywy ciągną wagony załadowane dwiema warstwami kontenerów albo zbożem, albo rudą czy innym bogactwem naturalnym.

 

Thunder Bay z przyległościami to ponad sto tysięcy mieszkańców. Miasto ciągnie się na przestrzeni 25 kilometrów wzdłuż wybrzeża Jeziora Górnego. Dominuje niska zabudowa w stylu kanadyjskim – drewno – oczywiście są domy mieszkalne z cegły i betonu, a jakże, ale nie rzucają się w oczy. W głębi lądu dostrzegłem ceglany wieżowiec. Jedyny chyba w tej okolicy. Miasto jest wieloetniczne. Oficjalnie w statystykach wymienia się 12 grup w tym znaczną liczbę Polaków.

 

Wypad do miasta jest okazją nie tylko do zwiedzania, zakupów, ale i odwiedzenia baru. Dla mnie bar, pub czy knajpa jest miejscem poznawania miejscowych ludzi, wypicia lokalnego trunku lub piwa. O godzinie osiemnastej grupa chętnych do wypadu na miasto stanęła na nabrzeżu pod statkiem obok wielkich silosów wypełnionych zbożem. Nie było szlabanów, zasieków ani zamykania portu o 22:00 na głucho jak w Milwaukee. W budce siedział chłopak z ochrony zajęty rysowaniem nawet udanych kompozycji z cyklu: superman.

 

- Uczysz się w szkole artystycznej? – pytam.

- Próbowałem, ale nie wyszło. W tych rysunkach próbuję oddać ruch postaci. 

 

Rysunki zamieszcza gdzieś w internecie licząc, że któregoś dnia zostanie zauważony. Po wpisaniu się do księgi wyjść ruszyliśmy piechotą do najbliższego – tak się nam wydawało - baru. Miejsce jakich tysiące. Bez specjalnego gustu, bez zadęcia i bez większej liczby gości. Piwa wybór taki sobie, ale, co ciekawe, nie podawano go w kuflach, a w plastikowych dwulitrowych dzbankach. Była nawet karta dań pubowych. Ohyda. Barman zanim nalał piwo, sprawdził nasze dokumenty, bo nie wierzył, że niektórzy z nas mają więcej niż 20 lat. Jakoś na mnie nie wskazał.

 

Nikt z nas nie miał kanadyjskiej waluty, ale barmanowi to nie przeszkadzało. Zapomniał jedynie, że nie powinien stosować przelicznika 1:1. Uczciwej byłby 1:1,3. Ot, taki drobiazg.

Zasiedliśmy nad zimnym, dość cienkim piwem prowadząc po polsku miłe konwersacje. Każdy z nas miał przed oczami wielkie telewizory, na których rozgrywały się jakieś zawody baseball’u. Nuda. Mogliśmy więc pożartować, ponarzekać, poopowiadać różne historie, pochwalić się.

 

Wzbudziliśmy zainteresowanie dwóch lokalnych gości. Starszy pan siedzący przy nas zainteresował się kim i skąd jesteśmy. Gdy usłyszał marynarze Polski stał się rozmowny. Okazał się emerytowanym marynarzem, statkowym hydraulikiem i specjalistą od rurociągów. Opowiadał o sobie i o T-Bay. Drugi, chudy, siwiejący, wysoki czarnoskóry mężczyzna o ostrym spojrzeniu lekko zamglonym alkoholem pochodził z Somali i męczył nas swoim uwielbieniem dla Rokossowskiego i Sowiet Union. A ponieważ przyznałem się, że mówię po rosyjsku, musiałem wysłuchać peanu na temat Rokossowskiego jako wybitnej postaci wojny, który zrobił dla Polski wiele dobrego. Gdy chciałem dowiedzieć się więcej o losach mojego rozmówcy, rozmowę skierował na inne tory. Nie chciał mi powiedzieć jak i dlaczego jako Somalijczyk z Somali wychowany (czyt. indoktrynowany) na uczelni w CCCP, uczony na oceanografa w Moskwie, znalazł się w Kanadzie. Wyraźnie dał do zrozumienia, że ten temat należy pozostawić w spokoju.

 

Piliśmy więc piwo, gadaliśmy w trzech językach i nikt nie wywołał żadnej awantury, a przecież bar bez awantury, nie jest interesującym barem – jak twierdzą bywalcy takich miejsc. Wreszcie po zmroku, nasyceni cienkim piwem wróciliśmy na statek.  Wieczór był wilgotny, od zachodu powiewał aromatyzowany olejkami sosnowymi, ciepły wiatr, na niebie błyskały gwiazdy i samoloty. Kolejny dzień załadunku zapowiadał się dla załogi pracowity i ciężki - znowu miało być gorąco. Następna wyprawa do miasta miała swoje konsekwencje zdrowotne.

 

Zachciało mi się ekspedycji do odległego od portu jakieś 5-6 kilometrów centrum handlowego. Chcąc oszczędzić, a także poznać miasto w możliwie dużym zakresie, poszliśmy z dwoma marynarzami piechotą. W tamta stronę ulicą nadbrzeżną wzdłuż terenów przemysłowych, a wracaliśmy trasą bardziej interesującą, bo weszliśmy w strukturę miasta. Zajrzeliśmy więc do lombardu przypominającego te z serii filmowej na jednym z kanałów tematycznych. Zagadnęła nas sympatyczna pani z rozlewni win typu: ekologiczne i bio, ale nie namówiła na pozostawienie paru dolarów z powodu wysokich cen i konieczności zakupów w ilościach hurtowych – nie mniej niż 10 litrów.

 

Czy Curwood i Fidler byliby zachwyceni rozwojem Fort William i Port Artur? Pewnie tak, choć dzika natura oddaliła się od miasta dalej niż można przypuszczać. Nie byłoby w tej wyprawie nic szczególnego, gdyby nie odległość, a ja – przyznaję ze skruchą – ostatnio mało chodziłem. W fotelu siedziałem, w samochodzie siedziałem – nawet bieżnia w statkowej sali gimnastycznej nie pomogła. Przez trzy dni moje stopy przypominały o tych 12 kilometrach.

 

Dwie godziny po spacerze na mostku zameldował się pilot i tuż po zachodzie słońca statek odszedł od elewatora w drogę powrotną. Kapitan zgodnie z procedurami zameldował w PŻM, o której m/v Lubie wyszedł z Thunder Bay, że ma zanurzenie 8,08, a w ładowniach 20 tysięcy ton pszenicy. Czekała nas teraz jazda w dół poprzez śluzy, czekał nas też jeszcze jeden przystanek przy elewatorze w miejscowości Sorel, położonej 4 godziny od Montrealu w dół rzeki. Tam doładujemy nieco ponad siedem tysięcy ton i popłyniemy ku Afryce.

 

Po przejściu ostatniej śluzy na Seaway pod Montrealem na pokład wszedł młody i gadatliwy pilot od którego dowiedziałem się paru interesujących rzeczy o nim i o szlaku jakim płyniemy. Lecz najpierw musiałem mu wytłumaczyć, że m/v Lubie należy do państwowego armatora, że jest jednym z 85 statków należących do PŻM, że pływanie na szlaku Wielkich Jezior to jedna ze specjalizacji tego armatora, co ja tu robię.

 

- A ja – rzekł pilot – pływałem przez wiele lat u armatora brytyjskiego. Na tankowcach i kontenerowcach. Jednak chciałem być bliżej rodziny. Mam trójkę dzieci: jedenaście, trzynaście i piętnaście lat.

- Pewnie najmłodszy jest chłopak? –spytałem.

- Jasne, fajny facet – zaśmiał się, patrząc uważnie w ciemność. – Ten to port – wydał polecenie sternikowi.

- Ten to port – powtórzył jak echo sternik. A pilot kontynuował.

- Teraz, co dwa tygodnie jestem w domu przez tydzień.

- Nie żal pływania po świecie? – dociekałem.

- Nie bardzo. Nadal uczestniczę w manewrach, nadal dowodzę statkiem, nadal jestem na wodzie. Nadal robię to co kocham. Dwa tygodnie w pracy i tydzień w domu. Poza tym, jak nie ma zapotrzebowania na mnie, jestem w domu. Pensja jest godna, nie narzekam. Mieszkam niedaleko odcinka, na który mam licencję mogę więc zajmować się dorastającymi dziećmi.

- A jak tu się pływa w zimie? – kolejne moje pytanie.

- Prędkość statków jest ograniczona z powodu zdjęcia większości boi wyznaczających kanał i jest nas dwóch na pokładzie.

- Z powodu?

- Wydłuża się czas pracy, a my musimy trzymać się norm jak piloci samolotów. Będąc zmęczonym łatwo popełnić błąd – tłumaczył.

 

Dowiedziałem się też, że kanał w rzece aż do Quebec ma maksymalnie 11, 3 m głębokości, że poza bojami jest bardzo, bardzo płytko, że w dnie przeważa glina, kamienie i skały, że kanał jest sztuczny, a wysepki widoczne przy szlaku to urobek wyrzucony przez pogłębiarki. Za obsługę statków płaci rząd, piloci rzeczni są zrzeszeni w korporacji i każdy z nich sam negocjuje kontrakt i swoje wynagrodzenie. I tak gadając w ciemności dotarliśmy do punktu, w którym zaczęły się manewry, mające wprowadzić statek pod elewator w Sorel.

Mapy pogody wieściły deszcz. I rano rzeczywiście lało jak z cebra. Strugi wody z nieba, kałuże po kostki, ale ja bohatersko wychodzę do Sorel, bo może nie być okazji.

Miasteczko niewielkie, tylko 9 tysięcy mieszkańców, założone w 1642 roku przez niejakiego Pierr’a de Saurel. Leży na prawym brzegu rzeki o nazwie Richelieu, a najstarsza uliczka nazywa się Roi.

 

Odkryłem urocze domy w stylu z dziewiętnastego wieku. Małe drewniane domki z tarasami na parterze, bujanymi fotelami, pomalowane na biało lub błękitno. Za każdym domkiem niewielki ogródek. I tak wyglądają niemal wszystkie uliczki w Sorel. Układ centralnego skweru też jest klasyczny. Po jednej stronie najstarszy w mieście kościół. Na wprost niego restauracja z wielkim tarasem. Na środku zadrzewionego skweru zadaszona estrada dla orkiestry ogródkowej. Wszystko zadbane, używane.

 

Przy ulicy Roi odnalazłem dom, w którym już na początku XX wieku był sala kabaretowa i nadal tam jest: Marine Cabaret. Nie wierzyłem, że dane mi było znaleźć się w miejscu podobnym do oglądanych na starych filmach lub opowiadających o tamtych czasach. Co więcej, następnego dnia pojawił się nad drzwiami wejściowymi anons mówiący o wizycie nowych wykonawców i występach grupy muzycznej. Życie kulturalne w Sorel kwitnie na całego. Patrząc z polskiej perspektywy, trudno zrozumieć, jak właściciele kabaretu i knajpy w jednym, dają sobie radę, jeśli w pobliżu barów jest kilkanaście, a mieszkańców niewielu. Chociaż, jeśli popatrzy się przez lornetkę na wybrzeże rzeki, potencjalnych gości z farm i ferm, chcących się zabawić, może być wystarczająco.

 

Statek został załadowany, wszelkiemu robactwu i gryzoniom zafundowano fumigację, by nie zanieczyszczały ładunku i statku, wróble znalazły sobie miejsce na rufie, bo jak tu opuszczać miejsce pełne ziarna, a pogoda zrobiła się słoneczna i ciepła. Gdy piszę te słowa, ostatni pilot już dawno śpi w swoim albo hotelowym łóżku, marynarze umyli statek z kurzu i resztek ziarna, wróble wyprowadziły się, białe wieloryby pomachały płetwą. Kapitan zapowiedział na sobotę grill.

 

M/v Lubie, tramp jeziorowo-rzeczny Polskiej Żeglugi Morskiej wyruszył przez Atlantyk do Casablanki. Co nas czeka w tamtym porcie, jak wracamy do kraju, czy to na pewno Casablanka, czy będzie reda - okaże się na miejscu.

 

Jerzy Boj

Jestem dziennikarzem na emeryturze, ale nadal aktywnym w tym, co robiłem całe życie z największą przyjemnością. Realizuję się więc w filmowaniu i montowaniu tego, co zapisze kamera, w podróżowaniu i obserwowaniu świata. Sprawia mi przyjemność poznawanie  nowych technologii telewizyjnych. Nadal lubię morze i rejsy w nieznane. Poza tym znielubiłem politykę i już nie ronię łez nad upadkiem polskiego dziennikarstwa. I prawdą jest, że chętnie przeniosę się na Sri lankę, jeśli dostanę taką propozycję :). 

Komentarze   

0 # Bernard 2017-08-29 19:56
Inspiring story there. What occurred after? Thanks!

Check out my web page :: Can exercise increase
your height?: koriblecha.hatenablog.com/.../ ...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Chas 2017-08-01 13:51
each time i used how to stop a foot pain (possessiveneoph18.jimdo.com: possessiveneoph18.jimdo.com) read smaller articles that as well clear their
motive, and that is also happening with this post which I am reading at this place.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Manuel 2017-07-31 10:20
If you desire to take a good deal from this paragraph then you have to
apply such methods to your won website.

Feel free to visit my web site Foot Pain: ilonaspies.jimdo.com
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Milford 2017-07-30 04:33
Hello, for all time i used to check weblog posts here in the early hours
in the morning, as i love to learn more and more.

my web page ... foot pain side (minhhader.jimd o.com: minhhader.jimdo.com)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Genia 2017-07-30 04:28
For the reason that the admin of this web site is working, no question very quickly it will be renowned,
due to its quality contents.

my page ... hep c foot pain (sincerecoffin5 133.jigsy.com: sincerecoffin5133.jigsy.com/.. ./...)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Millie 2017-07-29 21:37
After I initially left a comment I seem to have clicked the -Notify me when new comments are added- checkbox and from
now on every time a comment is added I get four emails with the
exact same comment. There has to be a way you can remove
me from that service? Cheers!

Feel free to visit my website - foot pain for months (fideliarenwick .weebly.com: fideliarenwick.weebly.com/.../ ...)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież