wt, 22 lipca 2014

Triathlon i odzyskałem smak życia

Już nie tylko o bieganiu, ale zawsze z pasją. Blog Marcina Dybuka
Radość na mecie była wielka... i ciągle trwa. Radość na mecie była wielka... i ciągle trwa. Argonaut

2:55:52 w debiucie. Chyba nieźle jak na gościa, który w lutym został odesłany do małego basenu – napisałem po starcie w 1/4 Ironman w Gdańsku do Moniki Smaruj, wielokrotnej medalistki Mistrzostw Polski, reprezentantki Polski na arenie międzynarodowej oraz trenerki m.in. triathlonu. Na odpowiedź długo nie czekałem: Przepraszam, ale powiem brzydko. ZAJEBiŚCIE DOBRZE!!! A to dopiero początek przygody jaką jest triathlon. Gratki wielkie za odwagę i wiarę – napisała Monika.

Przed sobotnim - 19 lipca 2014  - startem w Triathlon Gdańsk 1/4 Ironman (950 m  w morzu, 45 km na rowerze, 10,55 km biegu) po cichu, bardzo po cichu liczyłem, że uda mi się złamać trzy godziny. Z wody po przepłynięciu 950 metrów chciałem wyjść przed 25 minutą. Udało się kilka sekund szybciej, a wiem, że tutaj popełniłem najwięcej błędów. Rower plan optymistyczny na pełnej zakrętów 45 kilometrowej trasie to godzina 30 minut. Zaoszczędziłem dodatkowe prawie trzy minuty. 10,55 km pobiec tak, aby wyrabiając wcześniejszy plan zmieścić się poniżej trzech godzin. Skończyłem z wynikiem 2:55:52. Plan wykonany w stu procentach. I satysfakcja, choć analizując na zimno wszystko stwierdzam, że jest jeszcze duża rezerwa. W sobotę chyba tylko rower pojechałem na tą chwilę optymalnie.


Narzekać jednak nie będę, bo jeszcze w lutym nie potrafiłem pływać i bałem się wody jak ognia. Trauma po wydarzeniach w wieku 15 lat, kiedy się topiłem i żegnałem z życiem siedziała we mnie aż ćwierć wieku. Wszystko zaczęło się zmieniać 20 lutego 2014 roku. Wtedy pojawiłem się na pierwszym treningu akcji „Aktywuj się w triathlonie”. Monika Smaruj i Witek Podgórski „wrzucili” ponad 20 osób, które wygrały w konkursie gdańskiego MOSiR-u i Radia Gdańsk przygotowania do triathlonu, do basenu. Ja, jak było do przewidzenia wyszedłem z niego najszybciej. Strach, niepewność i brak umiejętności. Tak krótko można określić to co się wydarzyło. Na kolejnych zajęciach już pod okiem Dawida i Tomka Dobroczków ze Szkoła Pływania Nurkowania i Ratownictwa Argonaut 1988r Gdańsk nie było lepiej. Aż do przełamania na którymś z treningów. Chyba trzecim. Wtedy strach przed wodą zaczął ustępować i zaczęły się poważne zajęcia. Ale powiem szczerze, a pamiętam to dokładnie ani Dawid, ani Tomek wielkich szans na star w triathlonie w lipcu mi nie dawali. Jednak trenowałem regularnie. Na basen w poniedziałek o godzinie 5.40 i w czwartek o 22 przychodziłem najczęściej pierwszy, a wychodziłem ostatni. Każda minuta była cenna. Z czasem doszły jeszcze inne dni na basenie. Walczyłem. Chciałem pokonać wodnego demona, który nie pozwalał mi cieszyć się życiem nad morzem. Odbierał mi smak życia. Żeglowania, nurkowania, pływania, deski z żaglem, zawsze chciałem spróbować, ale strach przed wodą wybijał mi to z głowy.

Teraz jednak z każdym tygodniem było coraz lepiej. Nigdy nie zapomnę pierwszego treningu na basenie Politechniki Gdańskiej gdzie głębokość to 3,60 metra, tak samo jak pierwszego pływania pod koniec maja w zimnym jak cholera jeziorze Niedackim i pierwszego wejścia do morza, a co za tym idzie pływania w nim przy falach. Tak samo jak nigdy nie zapomnę zdania, które wypowiedziałem podczas jednego z treningów w Mikoszewie. Chyba nie przesadzę jak powiem, że fale wtedy były metrowe. Stwierdziłem, że pływa mi się źle „bo jest dno”. Dawid wtedy powiedział, że na to zdanie czekał od lutego.


To było kilkanaście dni przed triathlonem. Już wiedziałem. W debiucie przepłynę 950 metrów. Większość żabką, ale także czasami kraulem. I tak się stało. 24:54 to czas wyjścia z morza. Czy mogło być szybciej? Tak! Po starcie nie wbiegłem do wody, a powoli wszedłem. Płynąłem spokojnie i zbyt długo między dwoma osobami, które ciągle mi zapływały drogę. Jak w końcu zdecydowałem się ich wyprzedzić kraulem wypłynąłem za bardzo w morze i musiałem wracać na trasę. Na koniec wyszedłem zamiast wybiec z wody do strefy zmian. W strefie T1 też się nie spieszyłem. Był czas na banana, wodę kokosową, żel. Był też czas na krótką rozmowę z Aldonką i synem Dawidem, na uśmiech. Jak już ruszyłem na trasę rowerową to dałem z siebie to co mogłem. Jechało mi się na mojej czarno zielonej strzale rewelacyjnie. Z tego etapu triathlonu jestem najbardziej zadowolony – 1:27:14. Czy mogło być lepiej? Tak, ale średnia prędkość powyżej 30 kilometra na godzinę to było to na co mnie było stać tego dnia na tej trasie, tak aby jeszcze zachować siły na bieg i zrealizować plan. Przed startem nasłuchałem się historii, że debiutanci się spalają i na biegu łapią ich skurcze lub nie wytrzymują. Tego chciałem uniknąć. Dodatkowo na bieganie poświęciłem najmniej czasu podczas przygotowań. Mało tego, od kontuzji kolana, której nabawiłem się w czerwcu 2013 roku nie przebiegłem dziesięciu kilometrów w czasie zbliżonym do rekordu 47:17 minut. Raczej biegałem około godziny. Tak więc tutaj były największe rezerwy i największe zaległości. 10,55 km w czasie 57:41 ujmy nie przynosi, ale… Dodatkowo mogę powiedzieć, że w każdej ze stref zmian spędziłem o minutę za długo.


Jednak to co najważniejsze zostało zrealizowane. Zmieściłem się w trzech godzinach. Zostałem triathlonistą. To niesamowite uczucie, tak jak niesamowite były przygotowania do startu, ludzie których poznałem, zmagania ze zmęczeniem, cierpliwość i wsparcie żony i dzieci, pomoc, radość z każdego kolejnego sukcesu i w końcu sam start i wbiegnięcie na metę. Euforia. Pokonałem wodnego demona, przełamałem siebie raz, drugi, trzeci i kolejny… Walczyłem. 


I tylko szkoda, że nie doczekał tego mój Tata, który tydzień przed startem zmarł po ciężkiej chorobie. Kiedy leżał w szpitalu mówiłem mu, że startuję dla niego. Kiedy już go nie było pośród nas dedykowałem mu start. W trudnych chwilach na trasie prosiłem o wsparcie. I otrzymywałem je. Po zawodach pojechałem na cmentarz. Do krzyża przybiłem medal, który po triathlonie zawisł na mojej szyi. W ten sposób, jeszcze raz podziękowałem za to co zrobił dla mnie w ciągu czterdziestu lat naszego wspólnego życia.


Pewnie niektórzy zapytają kiedy kolejny start. Mam nadzieję, że szybko. 7 września Przechlewo 1/4 IM. Oby się tylko wszystko udało poukładać w domu, bo triathlon pokochałem, ale nie chcę, aby zdominował całe moje, nasze życie. O nie, na to mojej zgody nie ma, bo wtedy stracą na tym najbardziej najbliżsi. A triathlon ma moje, nasze życie zmieniać na lepsze tak jak do tej pory, a nie odwrotnie :) 


Marcin Dybuk


Ps. Poniżej linki do tekstów, które opisują moje przygotowania do startu i przede wszystkim walkę ze strachem przed wodą:


Pokonać wodnego demona, czyli pokonać strach przed wodą
Pierwszy raz na głębokiej wodzie
Pierwszy raz w jeziorze
Pierwszy raz w morzu

Marcin Dybuk

Cenię sobie spotkanie z drugim człowiekiem. Szczególnie kulturalnym. Zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Doceniam ludzi, którzy łączą pracę z pasją.

Komentarze   

0 # Koledzy z redakcji 2015-01-16 15:53
I tak Cie nie lubimy!!!!!!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # DYDUŚ 2015-01-16 15:49
i tak jesteś słaby
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież