śr, 29 października 2014

Mój Poznań Maraton - podejście nr 2

Blog Mateusza Petelskiego

15 Poznań Maraton 2014 – to był mój jedyny jesienny start w tym roku. Można sobie pomyśleć, że maraton to dla triathlonisty nic specjalnego, bo przecież sezon już się skończył a samo bieganie to jednak nie ta frajda. Dla mnie są to ważne zawody. Maraton stawiam na równi z najważniejszymi imprezami triathlonowymi. 42,195km - ten dystans, te liczby, po prostu magia! Fenomen maratonu zrozumie tylko ten, kto go ukończył.

Nie chodzi tu o wystartowanie i truchtanie tylko po to by dotrzeć do mety. Mówię o daniu z siebie 100%, balansowaniu na granicy swoich możliwości. Granicy, przy której stoi słynna maratońska „ściana”. Jedynie takie potraktowanie tego biegu daje nam odczucia, których nie doznamy na innych zawodach. Nawet nie będę się starał ich opisać, to trzeba przeżyć.

Do stolicy Wielkopolski pojechałem z tatą, który ma ukończone wszystkie poznańskie maratony. Nie wybraliśmy tam na wycieczkę. Moim celem był czas < 2:45 a tata chciał walczyć o życiówkę (swoich ambitnych planów nie zdradził nikomu, nawet mi).

Dzień przed startem jak zawsze wyglądał tak samo: odebranie pakietów, zwiedzanie targów, zakwaterowanie w pokoju hotelowym i bardzo dużo jedzenia. Wieczorem obejrzeliśmy mecz Polska – Niemcy i zaraz po końcowym gwizdku poszliśmy spać. Zwykle przed startem śpię bardzo dobrze (w przeciwieństwie do poprzedniej nocy) , tym razem było podobnie. Zero problemów - pobudka o 5:45, śniadanie o 6:00. Czułem się wyśmienicie, naładowany (ale nie przeładowany) „węglami”. Po śniadaniu udałem się na krótki spacer (około 20min) po sennych jeszcze ulicach Poznania. Byłem bardzo zmotywowany i pełen energii. Jedyne co mi nie dawało spokoju to moja waga. Po sezonie triathlonowym miałem problem z jej utrzymaniem. 84kg – troszkę za dużo jak na biegacza, który chce przebiec maraton w czasie 2:45.

30 min przed startem wyszliśmy ze swojego pokoju. Pogoda była wyśmienita. Ciepło, bez słońca i bez deszczu – idealnie! Krótka rozgrzewka i stanęliśmy na starcie gotowi do walki. Równo o 9:00 starter wypuścił do boju grubo ponad 6000 biegaczy. Moim planem było biec przez cały dystans równym tempem – 3:55/km. Pierwsze 5km to zawsze jeden wielki chaos i wyprzedzanie wolniejszych biegaczy. Nie da rady złapać się jakiejś sensownej grupki. Na szczęście umiem trzymać równe tempo nie korzystając z GPS. Czuję jakim tempem biegnę i nie potrzebuję się wspomagać technologią. Kontroluję to jedynie na swoim stoperze, w miejscach oznaczonych przez organizatora. Przed pierwsze 5km leciałem równym tempem 3:55/km. W okolicach 7km udało się dołączyć do grupki, w której każdy zadeklarował, że idzie na 2:45. Sytuacja dla mnie idealna, każdy ma taki sam cel, trzymamy równe tempo, zmieniamy się na prowadzeniu i będzie super. Ciągnęliśmy tak do półmetka. Jednak już wtedy mieliśmy 8 sekund straty. Postanowiłem lekko przyspieszyć, wyszedłem na prowadzenie. Koledzy próbowali mnie zwolnić. Krzyczeli, że mamy ponad minutę zapasu. Zacząłem lekko wątpić w mój inżynierski intelekt. Zrozumiałem co jest grane dopiero gdy zobaczyłem, że ich GPSy „pikają” zawsze około 100-200m przed tabliczką z km organizatora. Krzyknąłem, żeby przestali patrzeć na te swoje Garminy i zaczęli myśleć. Nie zamierzałem zwalniać i leciałem dalej swoim tempem. Niestety grupka się rozerwała. Od około 25km biegłem sam do końca.

DSC 0289 1203x800

Tempo 3:55/km udało mi się utrzymać do 35km. Niestety, ostatnie 7km wyraźnie zwolniłem. Zacząłem odczuwać charakterystyczne kłucie w żołądku. Wiedziałem, że jak nie odpuszczę to skończę w krzakach. Nie byłem też do końca dobrze zmotywowany, bo cały czas miałem 10 -20 sekund straty a wiedziałem, że najcięższe momenty trasy dopiero przede mną. Wyścig z czasem nagle zamienił się na walkę o przetrwanie w „jako takim” tempie. Te ostatnie 7km były męczarnią. Minę musiałem mieć bardzo nietęgą. Zamiast bojowych okrzyków kibiców, słyszałem odgłosy współczucia. Nie dodawało mi to skrzydeł ale wiedziałem, że to ostatnie kilka km w sezonie i zaraz zaczynam wakacje (długo oczekiwana podróż poślubna połączona z leniwym roztrenowaniem). Dzięki tej myśli udało mi się w całkiem niezłym tempie dotrzeć do mety. Osiągnąłem czas 2:47:31, który nie jest szczytem moich marzeń.

1

Pierwsze co zrobiłem po przekroczeniu linii mety i odebraniu medalu to wizyta w toi toi. Po kilku minutach już czułem się dobrze. Zacząłem jeść i pić (strefa finiszera w Poznaniu jak zwykle świetna). W pierwszych momentach byłem kompletnie niezadowolony ze swojego wyniku. Nie tego się spodziewałem. Nastrój poprawił mi tata, który wpadł na metę z uniesionymi rękoma w czasie 3:12:43. Do życiówki zabrakło mu 18 (!!!) sekund. Gdyby nie te paskudne skurcze na 40km… Trzeba przyznać, że jak na 58 latka jest to wynik wybitny. Zdały egzamin wszystkie rady, których udzieliłem tacie. Cieszę się bardzo, że nie zepsułem mu biegu. Często wystarczy zmienić jedną rzecz w przygotowaniach i od razu robi się wynik życia. Nie ukrywam, że jest to moje małe zwycięstwo, które odniosłem podczas tego maratonu. Bez mojej delikatnej pomocy na pewno też by był super wynik. Lepszy czy gorszy? Tego już się nie dowiemy.

Wracając do mnie, muszę przeanalizować i poprawić w swoim treningu kilka rzeczy. Byłem zdecydowanie za ciężki, waga 84-85kg to dla mnie za dużo. Na dzisiaj twierdzę, że w najlepszej formie byłem, gdy ważyłem 83kg. Zobaczymy jak będzie w przyszłym sezonie, postaram się to inaczej rozegrać. Drugą sprawą są moje „żołądkowe” problemy podczas startów. Rok temu w Poznaniu było to samo, we wrześniu w Przechlewie - to samo. Ciężki temat dla mnie, nie do końca wiem co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. To jest zagadka, którą muszę rozwiązać. Nie można dać 100% z siebie, czując jakikolwiek dyskomfort. Bardzo pozytywną i cenną informacją dla mnie jest to, że w tym roku zaliczyłem mniej km podczas przygotowań do maratonu. Po prostu trenowałem mądrzej i jak widać skuteczniej (życiówka poprawiona o 6min). Z roku na rok dowiaduję się czegoś nowego, super sprawa,

Sezon zakończyłem. Pobiłem swoje rekordy życiowe na każdym z możliwych dystansów (5km; 10km; 21,1km; 42,2km; olimpijka; 1/4IM; 1/2IM). Można powiedzieć, że był to bardzo udany rok. Poprawiam się w każdej dyscyplinie. Małymi kroczkami do przodu. Niedługo kończy się roztrenowanie. Trzeba zakasać rękawy i ruszyć z przygotowaniami do sezonu 2015. Plany są ambitne.

Komentarze   

-1 # Karol 2014-10-30 12:49
Brawo za świetny wynik. Powodzenia w realizacji ambitnych planów na 2015, przede wszystkim trzymam kciuki za Ironman 70.3 w Gdyni.

PS. Zamierzałeś pobiec (3.55/km) poniżej 2h45m, może te problemy to kwestia trasy maratońskiej (profil) i warto sprawdzić się/spróbować np. w Warszawie lub Budapeszcie (tanie loty są z Warszawy). Pozdrawiam
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # Mateusz Petelski 2014-10-31 18:51
Hej. Myślę o tym czy nie wystartować np. w Eindhoven, bo termin mi bardzo odpowiada. Z drugiej strony sentyment do Poznania jest. Chęć rewanżu też... :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież