pon, 11 maja 2015

Pobiegałem trochę w maju!

Blog Mateusza Petelskiego

W Półmaratonie Śladami Bronka Malinowskiego wystartowałem już 2 raz. Znowu okazało się, że jest to jedna z najlepszych imprez biegowych (jak nie najlepsza) w jakich miałem przyjemność brać udział. Tam wszystko jest tak, jak być powinno: profesjonaliści zajmujący się organizacją (m. in. Mariusz Giżyński), bardzo dobre prowadzenie imprezy (Sebastian Dymek), charakterystyczna i wymagająca trasa śladami Bronka Malinowskiego, rewelacyjne miejsce na metę imprezy w Rulewie (połączone z festynem – bomba!), posiłek regeneracyjny jakiego nie widziałem nigdzie indziej (jogurty, kefiry, pączki, zupa pomidorowa, piwo), super nagrody, niepowtarzalny majówkowy klimat.

Od początku zakładałem, że biegnę na miejsce a nie na czas. Nie kontrolowałem zupełnie tempa (jedynie na 1km, 5km i 10km sprawdziłem stoper). Chciałem być w pierwszej 9 aby załapać się na jakieś nagrody. Po prostu: miło wspominałem upominki za 6 miejsce z przed roku. W dodatku byłem świadomy, że 6 dni po tym półmaratonie biegnę w Gdyni na 10km i tam już będę walczył o życiówkę, bez odpuszczania. 

554673c09f329 gd

Pierwszy km przebiegłem bardzo mocno jak na półmaraton, bo w 3:29/km. Chciałem rozeznać się w sytuacji i zobaczyć czy uda mi się złapać jakiejś ekipy i walczyć o miejsce biegnąc razem z nią. Niestety, grupa której powinienem się złapać uciekła mi na jakieś 100m. Od 2km biegłem sam. Wiedziałem, że jestem na 10 miejscu. Wiedziałem też, że zawsze odpada ktoś, kto wyrwał za mocno na początku. Można powiedzieć, że już było dobrze – 9 miejsce praktycznie pewne. Tym bardziej, że widziałem przed sobą 4-5 biegaczy. Można powiedzieć, że kontrolowałem sytuację.

Na 5km miałem czas około 17:40 – 17:50, dokładnie nie pamiętam. Na odcinku pomiędzy 5 a 9 km wyprzedziłem jednego biegacza i gdy mijałem znacznik 9km byłem na 9 pozycji ze stratą 10 sekund do trójki, która biegła przede mną. Wiedziałem, że ich złapię, bo z kilometra na kilometr strata malała. Czas na 10km to 36:20, coś koło tego. Czyli 10sek szybciej niż przed rokiem, gdzie nabiegałem rewelacyjny jak na tę trasę czas 1:17:20. Noga podawała, dobrze się czułem i zacząłem po kolei wyprzedzać rywali, którzy biegli przede mną. Takim sposobem na 15km byłem już na 7 miejscu ze stratą około 30'' do 6. Niestety, na więcej mnie nie było stać tego dnia. Nie wiem czy zabrakło motywacji, sił czy po prostu było to spowodowane myślą o biegu na 10km, który mnie czekał za 6 dni. Metę przekroczyłem jako 7 ze słabym wynikiem 1:18:26. To jest o minutę gorzej niż rok temu. Nie byłem zadowolony z czasu ale z miejsca jak najbardziej. W sumie aż tak bardzo mocno się nie zajechałem, więc plan wykonany w 100%.

foto-pgr15 01 ajk 20150503 121824 1

Dni pomiędzy Grudziądzem a Gdynią zamierzałem porządnie przepracować. Jedynie totalnie odpuściłem piątek i nie poszedłem nawet na basen. Był to dla mnie test przed sezonem triathlonowym, w którym będę miał dużo startów tydzień po tygodniu. Czy jestem w stanie porządnie wystartować np. w niedzielę, ostro trenować w tygodniu i znowu np. w sobotę dać ognia na zawodach bez uszczerbku na zdrowiu? Okazuje się, że po solidnie przepracowanej zimie nie ma rzeczy niemożliwych.

Można powiedzieć, że już w piątek byłem gotowy. W sobotę rano nosiło mnie niesamowicie. Start biegu w Gdyni o 15 – bardzo zła godzina dla mnie (pewnie nie tylko dla mnie). Idealna godzina na start to 9/10. Wstać, zjeść lekkie, energetyczne śniadanie i startować. A tu trzeba było kombinować i stresować się pół dnia. Najważniejsze jednak, że o 14:55 stałem na linii startowej w gronie elity i czekałem na wystrzał ORP Błyskawicy. Bardzo chciałem zrobić życiówkę (poprzednia to 34:45). Nie ważne o ile, nie ważne jak. Ważne aby był rekord.

dsf 9305

Bieg zacząłem tak jak półmaraton w Grudziądzu: pierwszy km w 3:29. Na 21,1km to za szybko, na 10km za wolno. I już od początku czułem niepewność, bo tempo miało być 3:25/km od startu do mety. Na szczęście im dalej w las tym bardziej się rozkręcałem. Nie ma co się rozpisywać o tym co się działo podczas biegu. Startując na 10km zawsze mam tą samą taktykę: cisnę tak jakby bieg miał się skończyć po 7km a później lecę na oparach do mety. Na półmetku wyłapałem czas 17:04 (czyli o 1 sekundę gorzej niż życiówka z Parkruna).

 

11216158 950631751643804 1104452693 n

Przed wbiegiem na Świętojańską byłem już bardzo wyczerpany. „Dycha" zawsze boli, nie mam co do tego wątpliwości. Przedostatni kilometr pobiegłem w super czasie 3:17. Spojrzałem na zegarek i okazało się, że jak ostatni pobiegnę w 3:20 to połamię 34' – kosmos!. Niestety, zabrakło mi sił i ostatnie 1000m „przeczłapałem" w 3:36. Bardzo dużo mnie kosztował ten bieg. Czas na mecie: 34:16. Jest nowa życiówka oraz wielkie zadowolenie z siebie.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to kres moich możliwości na tym dystansie. Po pierwsze: nogi mogły nie do końca być sobą 6 dni po wymagającym półmaratonie. Po drugie: aby pobiec najlepiej jak potrafię, musiałbym zrobić typowy tapering pod zawody, na który nie ma miejsca w tym okresie przygotowań do sezonu triathlonowego. Nie jestem biegaczem, jestem triathlonistą! Do zobaczenia w 24 maja w Piasecznie!

Więcej w tej kategorii: « Bikefitting w VeloLAB

Komentarze   

0 # Kristen 2017-07-29 18:56
Have you ever thought about including a little
bit more than just your articles? I mean,
what you say is fundamental and everything. However just imagine if you added some great images or video clips to give your posts more, "pop"!
Your content is excellent but with images and video clips, this blog could undeniably be one of the greatest in its field.

Superb blog!

Also visit my web page: Foot Problems: casandrasteckelberg.blogas.lt
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież