pon, 30 czerwca 2014

Poroszenko może doczekać się swojego Majdanu

Zapiski wschodnie. Blog Nedima Useinova
Poroszenko może doczekać się swojego Majdanu Fot. freeimages.com

Niespodziewany udział w negocjacjach z przedstawicielami separatystów (z terrorystami rząd nie rozmawia) Wiktora Medwedczuka, powszechnie uznawanego za największego faworyta Putina, dużo bardziej zaufanego niż Janukowycz, został w Ukrainie odebrany bardzo negatywnie. Obawy społeczeństwa wzmogły się po tym, jak za Medwedczukiem opowiedziała się kanclerz Angela Merkel, a kontrolujący dziś Dniepropietrowsk ukraiński oligarcha Kołomojski, według informacji z jego otoczenia, aktywnie poparł kandydaturę lidera Ukraińskiego Wyboru na przewodniczącego administracji obwodu donieckiego.

 

Znienawidzony przez Majdan za lojalność wobec Kremla, Medwedczuk swoją niedawną obecnością na rozmowach wysłanników rządu z separatystami rozgniewał sporą część elektoratu prezydenta Poroszenki. Można się domyślać, jaką presję wywierają na nim Niemcy i rodzimi oligarchowie, dlatego do tej pory nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o przyczyny obecności Medwedczuka. Wciąż nie ma jasności co do tego, kogo on oficjalnie reprezentuje. Ale nowo upieczony prezydent Ukrainy powinien w pierwszej kolejności dbać o dobry kontakt ze swoimi wyborcami. Majdan rozpoczął się jako zjawisko, reakcja na skorumpowane rządy poprzedników, którzy odebrali ludziom perspektywę integracji europejskiej ich kraju. Ale po zwycięstwie rewolucji Majdan przekształcił się w trwałą instytucję obywatelskiego nadzoru nad politykami, która zbiera się na swoje wiece i uchwala wymogi. Do tej pory żądania dotyczyły przyśpieszonych wyborów parlamentarnych, lustracji sędziów... Na niedawnym kilkutysięcznym zebraniu przy Placu Niepodległości w stolicy kraju demonstranci uchwalili wymóg kontynuacji Antyterrorystycznej Operacji (ATO) i przypomnieli Poroszence, że następny wiec może stać się kolejnym Majdanem.

Słuszny niepokój społeczeństwa wynika z niespełnienia przez szefa państwa części swoich wyborczych obietnic. Miał on zaprowadzić pokój, ale nie za cenę poniżenia i ulegania interesom rosyjsko-niemieckim. Przed jednostronnym zawieszeniem broni 20 czerwca ATO zdążyła już odnieść pewne sukcesy. Ukraińska armia dowiodła, że wstaje na nogi i krok po kroku zaciska pętlę na szyi terrorystów (odbicie Mariupola, otoczenie Doniecka i Ługańska). Rosła nadzieja, że do ostatecznego zwycięstwa brakuje kilku dni lub paru tygodni. Tymczasem jednostronne zawieszenie broni, prawdopodobnie wymuszone na Poroszence przez lobby niemiecko-rosyjskie, poparte unijnym potakiwaniem głową, pozwoliło bojówkarzom przegrupować się i uzupełnić bojowe zapasy. Szybko okazało się bowiem, że deklarowane przez rząd „zamknięcie” granicy ukraińsko-rosyjskiej „na klucz” jest pobożnym życzeniem, którego intencją mogło być uśpienie czujności społeczeństwa. Terroryści ze swojej strony nie uznali pokojowego planu prezydenta i kontynuowali atakowanie pozycji ukraińskiej armii, zabijając kolejnych żołnierzy oraz cywilów. Wzmocniło to przekonanie, że zawieszenie ATO nie służy interesom ukraińskim i jest ustępstwem wymuszonym przez zagranicznych aktorów.

Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich Poroszenko został wybrany na prezydenta Ukrainy, kontynuacja dotychczasowej polityki może kosztować go utratę poparcia elektoratu. Naród oczekuje szybkiego zakończenia ATO i kierowania się interesem obywateli Ukrainy. Jeśli Poroszenko da się wciągnąć w rozgrywki niemiecko-rosyjskiego tandemu, z pewnością nie będzie w stanie wywalczyć korzystnych rozwiązań dla swojego kraju, stając się elementem w cudzej grze. Niemcy są o wiele większymi entuzjastami rosyjskiego rynku zbytu, niż euro-integracyjnych aspiracji Ukraińców. Dlatego będą dążyć do takich rozwiązań, które usatysfakcjonują Kreml. Jeśli więc Putin nie da się przekonać, że integracja Ukrainy z UE nie zagraża interesom polityczno-ekonomicznym Rosji, kanclerz Merkel raczej zagra na stronie kolegi z Moskwy. Właściwie już to zrobiła, wspierając kandydaturę Medwedczuka. To tym zuchwalsze, iż nie zdążyły jeszcze zagoić się rany bohaterów Majdanu, których faworyt Putina całkiem niedawno nazywał banderowskimi faszystami. Intencje rosyjskiego prezydenta są jasne: polityczny renesans Medwedczuka i przekazanie mu kontroli nad którymś ze wschodnich obwodów kraju to sposób na zachowanie kontroli Kremla nad problemowym regionem, który zawsze będzie odgrywać rolę hamulca integracji europejskiej Ukrainy, trwale skazując ją na nie dającą perspektywy „wielowektorowość” albo sojusz z Moskwą. Zbieżność interesów rosyjskich i niemieckich polega tu na tym, że dla Rosjan ważne jest zachowanie politycznej kontroli nad Ukrainą, a Niemcom nie zależy na Ukrainie w sensie politycznym - wystarczy umowa stowarzyszeniowa, która otwiera możliwości gospodarczej kolonizacji Ukrainy przez niemieckie towary.

Wolałbym mylić się w pesymistycznej ocenie polityki Berlina wobec Kijowa, ale nie znalazłem jeszcze argumentów, z których dałoby się wysnuć bardziej entuzjastyczne wnioski. Jedynym plusem jest to, że ostateczne słowo w sprawach ukraińskich należy do legalnie wybranego prezydenta Poroszenki, który jednak nie ma łatwego zadania. Jeśli chce rządzić dłużej niż jego poprzednik, nie może powtórzyć błędu, jakim było lekceważenie opinii społecznej. Taką mamy pokomunistyczną spuściznę: partnerski dialog z własnym narodem zawsze należał do największych wyzwań dla elit politycznych kraju. I oby to się tym razem zmieniło, bo kolejny Majdan będzie opłacał się tylko Kremlowi.

Więcej w tej kategorii: « Pamięć o tragicznej deportacji

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież