sb, 07 listopada 2015

Szwajcaria (cz. 7) Tama, po raz trzeci - turkus Cleuson

Z wąsem przez świat. Blog Piotra Markiewicza

Na początku dedykacja dla dwóch Pań...
Pierwsza z Pań, której dedykuje ten tekst to moja Mama, która była na tej zaporze z nami - dzięki Skype.
To ona była moim pierwszym animatorem wypraw, odbytych za dziecka po bezkresach Bieszczad, Dolnego Śląska i wielu miast Polskich - to dzięki niej poznałem smak podróży (tata też dzielnie nas woził w wybrane miejsca) i zakochałem się w tej formie spędzania czasu. Gdyby nie Mama pewnie i nie byłoby takich wpisów - bo właśnie Ona dbała o kulturę słowa i zamiłowanie do książek.

Druga z pań to "mój" Dobry Duszek (tak sobie po swojemu nazwałem) z radia Gdańsk - Beata Szewczyk, która już od początku doceniła moje pióro i fotografię. Niesamowicie ciepła osoba, która prowadzi wiele audycji, w tym w soboty "Nie śpij, zwiedzaj z radiem Gdańsk". Właśnie w tej audycji, dzięki Skype, miałem przyjemność uczestniczyć i opowiedzieć tak o Szwajcarii jak o opisywanym tu Cleuson (przepraszam Beatko, iż tak długo kazałem czekać na ten "pocztówkowy turkus", żebyś zobaczyła dlaczego, to właśnie moje "ach" tej wyprawy).
Mając tak dwie wspaniałe osoby w roli kibiców nie było możliwości, żebym się poddał czy zwyczajnie nie skończył tematu - ba!!! 21 listopada o godzinie 10 czasu Polskiego znów będę gościł na antenie - ale tym razem opowiem troszkę o Anglii, w której osiadłem.


Dedykacja poszła - to do meritum!
Piątek zaskoczył nas pozytywnie - jakże miło było, po otwarciu oczu, zobaczyć szczyty naprzeciw naszego apartamentu skąpane w słonecznej poświacie!!!
Za to zmęczenie było już spore - 5 dni i sześć wypraw - z plecakiem pełnym jedzenia i dwoma urwisami, którzy często dokazywali - za to trzymali się dzielnie.
Postanowiłem śniadanie i kolejne karty książki skonsumować na sporym balkonie delektując się pięknym dniem - w końcu miał to być dzień odpoczynku!
Jakoś leniwie minął poranek i nic nie zapowiadało kolejnej eskapady. Nawet podczas wymiany wiadomości z siostrą, czy rozmową na Skype z Mamą wyraźnie zastrzegłem dzień dzisiejszy na odpoczynek. A tu wiatr zaczął przeganiać chmury - a proporcjonalnie do ilości błękitu za oknem wzmagała się chęć wyruszenia znów na niezaplanowaną wycieczkę.
Ja czytałem książkę, Dorotka czytała chłopcom (bo moi synowie nie znają telewizora, za to znają wszelkiej maści bajki i legendy - dla Piotra słynny Kermit z Mupetów to "żabka Helusi" stworzona przez panią Konopnicką) i tak minął poranek i południe dnia ostatniego przed wyjazdem.
Ale po obiedzie coś kusiło - byle nie daleko, coś ciągnęło w teren. Bo mam już serdecznie dość miast, nie jestem fanem - choć muszę przyznać, iż szwajcarskie zachwycają.
Część instalacji Grande Dixence, jak zapamiętałem, mieści się niedaleko Sion - a więc i niedaleko Nendaz!!!!
No i jest - na zdjęciach (nawet moich) w necie wygląda bajecznie - w porównaniu do mlecznych odmętów Grande Dixence czy Mauvoisin jest to "rajska" woda.
Analiza map w necie - znane nam Sivez - tam odbić w lewo, 5 kilometrów i korona zapory. No to ja rozumiem - max dwie godzinki (aha-taaa) i w domu - miałem nadzieję na mały spacerek, a potem odpoczynku ciąg dalszy.
Po 14 jesteśmy na zatoczce przed zakazem wjazdu - jakie piękne zjawiska nas otaczają - nawet widać kolejkę, którą 5 dni temu wjeżdżaliśmy na Mont Fort!!!



Phi - dwa kilometry do szczytu to Boluśiński w "plecak" a mały podróżnik "per pedes" (znaczy pieszo).



Startujemy - aura domykająca piękno lata w Szwajcarii, a znak wyraźnie nie pozwala na dalszą jazdę (późniejsze wypadki potwierdzą zasadę, iż "przepisy są po to, by je łamać").



Ja będę drogą się taszczył, kiedy jesień tak pięknie zaprasza, by brodzić w jej wyczuwalnym majestacie.



Zapora rysuje się, jak zwykle, niepozornie.



Bo w tych górach 87 metrów betonu (5 metrów wyższa niż moja kochana Solina) już w ogóle wygląda niepozornie - a to wysokość całkiem spora. Taki budynek z 19 pietrami - na przykład Hotel Mercure-Hevelius w Gdańsku.



Oceniłem dystans, położenie i wracamy na drogę, mimo pięknych okoliczności przyrody.



I zaczynają się wodospadziki - malutkie, niepozorne - ale jakże piękne, mimo wysokości tylko kilkudziesięciu centymetrów - już będą nam towarzyszyć do samego szczytu (polecam galerie - każdy wodospadzik udokumentowany oddzielnie).
Kończy się prosta, zakręt - znów prosta i zakręt - oj może i dwa kilometry, ale dość wymagające.
A na każdej prostej na szerokości około metra wybetonowane "koryto" by strumień nie niszczył nawierzchni - niby łagodne, można przejść spokojnie - ale niedługo dowiecie się że dla samochodu już nie tak miłe.
Jadą kłady - tuś mi bratku! Nie wiem jakie mają uprawnienia ale "zakaz, to zakaz" parafrazując Rocha Kowalskiego.
Najmniejszy wodospadzik - jakie one są piękne!!!!ten ma raptem 30 centymetrów wysokości.



Znowu seria zakrętów a w dole widać ujście strumyczka cieknącego ze szczytu.



Już zapora prezentuje się w całej okazałości a Piotr uparcie idzie naprzeciw stromiznom!!



Zerkam na zegarek - 15:45 i nie ma możliwości, że Piotr wróci o własnych siłach - a tylko jedno nosidełko w zestawie. Bolek nie ma szans by zszedł (deptamy już ponad półtorej godziny) - w tył zwrot i po auto marsz!
Rozłączamy się - myślę że za 20 minut po Dorkę i Piotra będę, akurat!!!!
Zejście zajęło 35 minut mojego szybkiego marszu - auto już czeka.



Ruszamy z Bolusińskim z kopyta - jak pięknie 163 konie pod maską zmieliły warstwy żwiru pokrywające drogę.
Pierwszy zakręt i interwencja ręcznym - to nie podjazd asfaltem na Nendaz kochany - tu nie pojedziesz 50km/h!
Jedynka i dwójka - na zmiany, serpentyny takie, że Słonne na Podkarpaciu (miejsce rajdów górskich w klasyfikacji mistrzostw Polski) to bułka z masłem!!!
Wąsko jak nie wiem co, ślisko i ŁŁŁŁUUUUPPPPP!!!!!
Hamulce do spodu - trzepnęło autem jak bym miał zgubić przednią oś - zaświeciło się na kokpicie trzy lub cztery lampki na czerwono - olej, silnik, hamulce i temperatura....
Super - rozwaliłem auto - to co wspominałem wcześniej, korytka dla strumyczka.
O ile pieszo były niegroźne, o tyle pojazdem kołowym, innym niż wozy opancerzone, przeszkoda poważna.
Gaszę silnik (tak na wszelki wielki) i tuptam przy przednim zawieszeniu. Kładę się pod spód - okazuje się, że miska olejowa jest całkiem solidnie zabezpieczona - nic nie kapie. Koła na miejscu, przewody nie wiszą - no to chyba wrócę do UK bez szkód jednak. Odpalam silnik - kontrolki pogasły - pewnie komputer dostał "po procesorze" i zgłupiał".
Jedziemy mijając kolejny wodospad.



U samej podstawy zapory zbieramy drugą cześć wyprawy - młody doszedł sam bez komplikacji.



Stawiamy samochód pod urządzeniami elektrowni i dalej znów "z buta" - zapora u podstawy jednak robi wrażenie o wiele większej i wyższej (tylko 5 metrów przewagi) od Soliny.



Wita nas tunel a za nim wyżerka!!! krzaczyska żurawin ciągną się przy drodze - jak nienawidzę żurawiny ze sklepu, tak ta jest wyborna!!!!



objedliśmy się jak bąki - Bolek mało sam nie wyskoczył z nosidełka, by sięgnąć jagód.
Już mijamy budynki i ...
I...
I...
ACH...

Jaki piękny kolor wody!



Łącze się z mamą obserwując ryby - bo to jezioro, w przeciwieństwie do poprzednich, żyje!!
Żałuję, że nie mam kilku metrów żyłki i haczyka, bo aż się rwą, by je wyciągać - oj byłby piątkowa "ryba z chlebem".
Mama mi uświadomiła, że coś jest nie tak -  pytając, co tak blisko balustrady spaceruje. I w tym momencie okazuje się, iż tak byłem pod wrażeniem koloru wody że zapomniałem tak o lęku wysokości, jak pokazując na kamerze panoramę, zrobić jakiekolwiek zdjęcie na suchą stronę zapory...

Chmury przetaczają się nad jeziorem wyciągając wszelkie odcienie turkusu wody!!





I poniekąd tym zdjęciem symbolicznie zamyka się koło 7 dniowego pobytu w Szwajcarii - dlaczego??Przyjrzyjcie się skałom w tle po lewej - już?
I jeszcze szczyt na samym środku??



To te same skały zrobione 5 dni temu z owego szczytu - z Mont Fort!!!!

Dorka odbija z Piotrem na prawo w stronę kapliczki a my się pchamy w nieznane, cały czas na Skype, pokazując kochanej Mamie, gdzie my poleźli!
Teraz już wiem jak wygląda sztolnia tak osławiona podczas wycieczki na Grande Dixence (prawdopodobnie woda wpadająca do Mauvoisin, co opisałem wcześniej, też takim korytarzem była doprowadzona).



Obok sztolni wanny ze skrystalizowanymi minerałami (szkoda że zdjęć nie zrobiłem - do nich właśnie prowadzą widoczne na zdjęciu przewody - ale po co one, nie znalazłem).
Wracamy, obok jakieś typowe zabudowanie - łączność z Polską znów odzyskana.



Śmieje się do Mamy, że dzięki technice, w końcu ja ją mogłem zabrać w wyjątkowe miejsce, jak ona zabierała mnie z Tatą w zakamarki Polski.
Idziemy po kolejne ujęcia korony zapory, która mnie wysokością nie przeraziła - po poprzednich ta jest malusia i lęk wysokości w ogóle nie dokucza.



Jeszcze kaplica - tak, Szwajcarzy nie wstydzą się tradycji chrześcijańskich, jak reszta europy. Przy każdym placu budowy zapory musiało być miejsce kultu z krzyżem, które pomagało pielęgnować wiarę.



Skromnie - ale nadal służy, jak przeczytałem, by zjednoczyć się we wspólnej modlitwie.



Piotruś pięknie pozuje odpoczywając na skale - jeszcze została droga w dół.



Myślę, że mogę już po bezdrożach spokojnie jeździć terenówką, skoro zwykłym autem pokonałem takie bezdroża!

https://www.youtube.com/watch?v=tcGH665UmHw

W domu byliśmy po osiemnastej (daleko później niż założyłem) - jeszcze było sympatycznie jasno (nie to co teraz).
I zaczęło się przygotowanie do opuszczenia hotelu - staranne, by nic nie zostawić.

Galeria, by się delektować turkusem jest tu, w pełnym wymiarze zdjęć...

Zapraszam do polubienia na Facebooku "Z wąsem przez świat", aby być na bieżąco.

Został już tylko epilog, a później wracamy do opisywania Anglii.

Do napisania.


Na początku dedykacja dla dwóch Pań...
Pierwsza z Pań, której dedykuje ten tekst to moja Mama, która była na tej zaporze z nami - dzięki Skype.
To ona była moim pierwszym animatorem wypraw, odbytych za dziecka po bezkresach Bieszczad, Dolnego Śląska i wielu miast Polskich - to dzięki niej poznałem smak podróży (tata też dzielnie nas woził w wybrane miejsca) i zakochałem się w tej formie spędzania czasu. Gdyby nie Mama pewnie i nie byłoby takich wpisów - bo właśnie Ona dbała o kulturę słowa i zamiłowanie do książek.

Druga z pań to "mój" Dobry Duszek (tak sobie po swojemu nazwałem) z radia Gdańsk - Beata Szewczyk, która już od początku doceniła moje pióro i fotografię. Niesamowicie ciepła osoba, która prowadzi wiele audycji, w tym w soboty "Nie śpij, zwiedzaj z radiem Gdańsk". Właśnie w tej audycji, dzięki Skype, miałem przyjemność uczestniczyć i opowiedzieć tak o Szwajcarii jak o opisywanym tu Cleuson (przepraszam Beatko, iż tak długo kazałem czekać na ten "pocztówkowy turkus", żebyś zobaczyła dlaczego, to właśnie moje "ach" tej wyprawy).
Mając tak dwie wspaniałe osoby w roli kibiców nie było możliwości, żebym się poddał czy zwyczajnie nie skończył tematu - ba!!! 21 listopada o godzinie 10 czasu Polskiego znów będę gościł na antenie - ale tym razem opowiem troszkę o Anglii, w której osiadłem.

Dedykacja poszła - to do meritum!
Piątek zaskoczył nas pozytywnie - jakże miło było, po otwarciu oczu, zobaczyć szczyty naprzeciw naszego apartamentu skąpane w słonecznej poświacie!!!
Za to zmęczenie było już spore - 5 dni i sześć wypraw - z plecakiem pełnym jedzenia i dwoma urwisami, którzy często dokazywali - za to trzymali się dzielnie.
Postanowiłem śniadanie i kolejne karty książki skonsumować na sporym balkonie delektując się pięknym dniem - w końcu miał to być dzień odpoczynku!
Jakoś leniwie minął poranek i nic nie zapowiadało kolejnej eskapady. Nawet podczas wymiany wiadomości z siostrą, czy rozmową na Skype z Mamą wyraźnie zastrzegłem dzień dzisiejszy na odpoczynek. A tu wiatr zaczął przeganiać chmury - a proporcjonalnie do ilości błękitu za oknem wzmagała się chęć wyruszenia znów na niezaplanowaną wycieczkę.
Ja czytałem książkę, Dorotka czytała chłopcom (bo moi synowie nie znają telewizora, za to znają wszelkiej maści bajki i legendy - dla Piotra słynny Kermit z Mupetów to "żabka Helusi" stworzona przez panią Konopnicką) i tak minął poranek i południe dnia ostatniego przed wyjazdem.
Ale po obiedzie coś kusiło - byle nie daleko, coś ciągnęło w teren. Bo mam już serdecznie dość miast, nie jestem fanem - choć muszę przyznać, iż szwajcarskie zachwycają.
Część instalacji Grande Dixence, jak zapamiętałem, mieści się niedaleko Sion - a więc i niedaleko Nendaz!!!!
No i jest - na zdjęciach (nawet moich) w necie wygląda bajecznie - w porównaniu do mlecznych odmętów Grande Dixence czy Mauvoisin jest to "rajska" woda.
Analiza map w necie - znane nam Sivez - tam odbić w lewo, 5 kilometrów i korona zapory. No to ja rozumiem - max dwie godzinki (aha-taaa) i w domu - miałem nadzieję na mały spacerek, a potem odpoczynku ciąg dalszy.
Po 14 jesteśmy na zatoczce przed zakazem wjazdu - jakie piękne zjawiska nas otaczają - nawet widać kolejkę, którą 5 dni temu wjeżdżaliśmy na Mont Fort!!!



Phi - dwa kilometry do szczytu to Boluśiński w "plecak" a mały podróżnik "per pedes" (znaczy pieszo).



Startujemy - aura domykająca piękno lata w Szwajcarii, a znak wyraźnie nie pozwala na dalszą jazdę (późniejsze wypadki potwierdzą zasadę, iż "przepisy są po to, by je łamać").



Ja będę drogą się taszczył, kiedy jesień tak pięknie zaprasza, by brodzić w jej wyczuwalnym majestacie.



Zapora rysuje się, jak zwykle, niepozornie.



Bo w tych górach 87 metrów betonu (5 metrów wyższa niż moja kochana Solina) już w ogóle wygląda niepozornie - a to wysokość całkiem spora. Taki budynek z 19 pietrami - na przykład Hotel Mercure-Hevelius w Gdańsku.



Oceniłem dystans, położenie i wracamy na drogę, mimo pięknych okoliczności przyrody.



I zaczynają się wodospadziki - malutkie, niepozorne - ale jakże piękne, mimo wysokości tylko kilkudziesięciu centymetrów - już będą nam towarzyszyć do samego szczytu (polecam galerie - każdy wodospadzik udokumentowany oddzielnie).
Kończy się prosta, zakręt - znów prosta i zakręt - oj może i dwa kilometry, ale dość wymagające.
A na każdej prostej na szerokości około metra wybetonowane "koryto" by strumień nie niszczył nawierzchni - niby łagodne, można przejść spokojnie - ale niedługo dowiecie się że dla samochodu już nie tak miłe.
Jadą kłady - tuś mi bratku! Nie wiem jakie mają uprawnienia ale "zakaz, to zakaz" parafrazując Rocha Kowalskiego.
Najmniejszy wodospadzik - jakie one są piękne!!!!ten ma raptem 30 centymetrów wysokości.



Znowu seria zakrętów a w dole widać ujście strumyczka cieknącego ze szczytu.



Już zapora prezentuje się w całej okazałości a Piotr uparcie idzie naprzeciw stromiznom!!



Zerkam na zegarek - 15:45 i nie ma możliwości, że Piotr wróci o własnych siłach - a tylko jedno nosidełko w zestawie. Bolek nie ma szans by zszedł (deptamy już ponad półtorej godziny) - w tył zwrot i po auto marsz!
Rozłączamy się - myślę że za 20 minut po Dorkę i Piotra będę, akurat!!!!
Zejście zajęło 35 minut mojego szybkiego marszu - auto już czeka.



Ruszamy z Bolusińskim z kopyta - jak pięknie 163 konie pod maską zmieliły warstwy żwiru pokrywające drogę.
Pierwszy zakręt i interwencja ręcznym - to nie podjazd asfaltem na Nendaz kochany - tu nie pojedziesz 50km/h!
Jedynka i dwójka - na zmiany, serpentyny takie, że Słonne na Podkarpaciu (miejsce rajdów górskich w klasyfikacji mistrzostw Polski) to bułka z masłem!!!
Wąsko jak nie wiem co, ślisko i ŁŁŁŁUUUUPPPPP!!!!!
Hamulce do spodu - trzepnęło autem jak bym miał zgubić przednią oś - zaświeciło się na kokpicie trzy lub cztery lampki na czerwono - olej, silnik, hamulce i temperatura....
Super - rozwaliłem auto - to co wspominałem wcześniej, korytka dla strumyczka.
O ile pieszo były niegroźne, o tyle pojazdem kołowym, innym niż wozy opancerzone, przeszkoda poważna.
Gaszę silnik (tak na wszelki wielki) i tuptam przy przednim zawieszeniu. Kładę się pod spód - okazuje się, że miska olejowa jest całkiem solidnie zabezpieczona - nic nie kapie. Koła na miejscu, przewody nie wiszą - no to chyba wrócę do UK bez szkód jednak. Odpalam silnik - kontrolki pogasły - pewnie komputer dostał "po procesorze" i zgłupiał".
Jedziemy mijając kolejny wodospad.



U samej podstawy zapory zbieramy drugą cześć wyprawy - młody doszedł sam bez komplikacji.



Stawiamy samochód pod urządzeniami elektrowni i dalej znów "z buta" - zapora u podstawy jednak robi wrażenie o wiele większej i wyższej (tylko 5 metrów przewagi) od Soliny.



Wita nas tunel a za nim wyżerka!!! krzaczyska żurawin ciągną się przy drodze - jak nienawidzę żurawiny ze sklepu, tak ta jest wyborna!!!!



objedliśmy się jak bąki - Bolek mało sam nie wyskoczył z nosidełka, by sięgnąć jagód.
Już mijamy budynki i ...
I...
I...
ACH...

Jaki piękny kolor wody!



Łącze się z mamą obserwując ryby - bo to jezioro, w przeciwieństwie do poprzednich, żyje!!
Żałuję, że nie mam kilku metrów żyłki i haczyka, bo aż się rwą, by je wyciągać - oj byłby piątkowa "ryba z chlebem".
Mama mi uświadomiła, że coś jest nie tak -  pytając, co tak blisko balustrady spaceruje. I w tym momencie okazuje się, iż tak byłem pod wrażeniem koloru wody że zapomniałem tak o lęku wysokości, jak pokazując na kamerze panoramę, zrobić jakiekolwiek zdjęcie na suchą stronę zapory...

Chmury przetaczają się nad jeziorem wyciągając wszelkie odcienie turkusu wody!!





I poniekąd tym zdjęciem symbolicznie zamyka się koło 7 dniowego pobytu w Szwajcarii - dlaczego??Przyjrzyjcie się skałom w tle po lewej - już?
I jeszcze szczyt na samym środku??



To te same skały zrobione 5 dni temu z owego szczytu - z Mont Fort!!!!

Dorka odbija z Piotrem na prawo w stronę kapliczki a my się pchamy w nieznane, cały czas na Skype, pokazując kochanej Mamie, gdzie my poleźli!
Teraz już wiem jak wygląda sztolnia tak osławiona podczas wycieczki na Grande Dixence (prawdopodobnie woda wpadająca do Mauvoisin, co opisałem wcześniej, też takim korytarzem była doprowadzona).



Obok sztolni wanny ze skrystalizowanymi minerałami (szkoda że zdjęć nie zrobiłem - do nich właśnie prowadzą widoczne na zdjęciu przewody - ale po co one, nie znalazłem).
Wracamy, obok jakieś typowe zabudowanie - łączność z Polską znów odzyskana.



Śmieje się do Mamy, że dzięki technice, w końcu ja ją mogłem zabrać w wyjątkowe miejsce, jak ona zabierała mnie z Tatą w zakamarki Polski.
Idziemy po kolejne ujęcia korony zapory, która mnie wysokością nie przeraziła - po poprzednich ta jest malusia i lęk wysokości w ogóle nie dokucza.



Jeszcze kaplica - tak, Szwajcarzy nie wstydzą się tradycji chrześcijańskich, jak reszta europy. Przy każdym placu budowy zapory musiało być miejsce kultu z krzyżem, które pomagało pielęgnować wiarę.



Skromnie - ale nadal służy, jak przeczytałem, by zjednoczyć się we wspólnej modlitwie.



Piotruś pięknie pozuje odpoczywając na skale - jeszcze została droga w dół.



Myślę, że mogę już po bezdrożach spokojnie jeździć terenówką, skoro zwykłym autem pokonałem takie bezdroża!

Cleuson - powrót z zapory

W domu byliśmy po osiemnastej (daleko później niż założyłem) - jeszcze było sympatycznie jasno (nie to co teraz).
I zaczęło się przygotowanie do opuszczenia hotelu - staranne, by nic nie zostawić.

Galeria, by się delektować turkusem jest tu, w pełnym wymiarze zdjęć...

Zapraszam do polubienia na Facebooku "Z wąsem przez świat", aby być na bieżąco.

Został już tylko epilog, a później wracamy do opisywania Anglii.

Do napisania.


Piotr Markiewicz

Nazywam się Piotr Markiewicz vel Piotr z Anglii - skończyłem 33 lata. Podróżuje, prowadzę dom i hodowlę krewetek ozdobnych z dwoma synami Bolkiem (2 lata) i Piotrem Juniorem (3 lata 5 miesięcy) - ogólnie prowadzimy trochę inny tryb życia niż nasi znajomi - uprawiam ogród, nie mam telewizora i trzymam się jak najdalej od standardów zachowań (w dobrym tego słowa znaczeniu) . Ukończyłem przemyską PWST na kierunku Politologia - specjalizacja Polityka Regionalna - licencjat. Aby być na bieżąco, zapraszam na mojego Facebooka Aby być na bieżąco zapraszam na stronę facebooka https://www.facebook.com/Z-w%C4%85sem-przez-%C5%9Bwiat-486200274872890/

Czytaj więcej: http://markiewicz.radiogdansk.pl/index.php/blogerzy/piotr-markiewicz

 

Nazywam się Piotr Markiewicz vel Piotr z Anglii - skończyłem 33 lata. Podróżuje, prowadzę dom i hodowlę krewetek ozdobnych z dwoma synami Bolkiem (2 lata) i Piotrem Juniorem (3 lata 5 miesięcy) - ogólnie prowadzimy trochę inny tryb życia niż nasi znajomi - uprawiam ogród, nie mam telewizora i trzymam się jak najdalej od standardów zachowań (w dobrym tego słowa znaczeniu) . Ukończyłem przemyską PWST na kierunku Politologia - specjalizacja Polityka Regionalna - licencjat.  Aby być na bieżąco, zapraszam na mojego Facebooka Aby być na bieżąco zapraszam na stronę facebooka https://www.facebook.com/Z-w%C4%85sem-przez-%C5%9Bwiat-486200274872890/

Czytaj więcej: http://markiewicz.radiogdansk.pl/index.php/blogerzy/piotr-markiewicz

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież