Kiedy w lipcu kupowałem bilety na ten wyjazd miał to być zwykły urlop, jakim się raczę co pół roku - zwyczajny weekend z dala od pracy i codzienności. Nie przewidywałem, iż będzie to jedna z ciekawszych przygód w moim życiu, wyjazd intensywny i wypełniony po brzegi zajęciami.
A - mały skrót myślowy, którego będę używał w poniższym wpisie - można się domyślić, ale po co?? RG - oczywiście Radio Gdańsk.
W momencie rezerwacji miejsc na lot nawet nie miałem jeszcze bloga (gdziekolwiek), choć marzyłem by być osobiście w radiu, od którego jestem uzależniony (każdemu życzę takich słabości).
Czas pokazał, że marzenia są po to, by je realizować - jak się okazało, szybciej niż bym tego sobie życzył.

Czytaj dalej...

Pisze i kasuje, i znów ten sam cykl.
Nie miałem jeszcze okazji publikować tak obszernej serii (w jakiejkolwiek formie) - więc zakończenie, to powinna być wisienka na torcie - czy będzie sami ocenicie, ale mistrzem posumowań nie jestem. Myślę, że będzie to bardziej materiał informacyjno - uzupełniający to, czego nie dopisałem wcześniej lub zahaczyłem pobieżnie.

Czytaj dalej...

Na początku dedykacja dla dwóch Pań...
Pierwsza z Pań, której dedykuje ten tekst to moja Mama, która była na tej zaporze z nami - dzięki Skype.
To ona była moim pierwszym animatorem wypraw, odbytych za dziecka po bezkresach Bieszczad, Dolnego Śląska i wielu miast Polskich - to dzięki niej poznałem smak podróży (tata też dzielnie nas woził w wybrane miejsca) i zakochałem się w tej formie spędzania czasu. Gdyby nie Mama pewnie i nie byłoby takich wpisów - bo właśnie Ona dbała o kulturę słowa i zamiłowanie do książek.

Druga z pań to "mój" Dobry Duszek (tak sobie po swojemu nazwałem) z radia Gdańsk - Beata Szewczyk, która już od początku doceniła moje pióro i fotografię. Niesamowicie ciepła osoba, która prowadzi wiele audycji, w tym w soboty "Nie śpij, zwiedzaj z radiem Gdańsk". Właśnie w tej audycji, dzięki Skype, miałem przyjemność uczestniczyć i opowiedzieć tak o Szwajcarii jak o opisywanym tu Cleuson (przepraszam Beatko, iż tak długo kazałem czekać na ten "pocztówkowy turkus", żebyś zobaczyła dlaczego, to właśnie moje "ach" tej wyprawy).
Mając tak dwie wspaniałe osoby w roli kibiców nie było możliwości, żebym się poddał czy zwyczajnie nie skończył tematu - ba!!! 21 listopada o godzinie 10 czasu Polskiego znów będę gościł na antenie - ale tym razem opowiem troszkę o Anglii, w której osiadłem.

Czytaj dalej...

Zmienili czas, zrobiło się ciemno, ponuro i do wiosny daleko a tu miasto do opisu - kolejny dzień krążę nad klawiaturą - ale dosyć .
Wracamy do (prawie) pięknych, wrześniowych dni w Szwajcarii
Miała być tak słoneczna pogoda do piątku ...
A tu deszcz i chmury - to może wypocznę, bo odkąd przyjechaliśmy jeszcze dnia na złapanie oddechu nie było.
Chłopcy szaleją po naszym apartamencie jak "pijany zając w kapuście" i, przyznam, że mnie też energia rozpierała.
Muzea w Sion - pierwsza myśl - nie drogie i mają zasób. Rozmyślam spokojnie, czytając sobie jak co dzień (tak książkę) i zerkając za szybę.
A tu coraz jaśniej, choć słońce nie bardzo chce wyjść.
Nie no kurczę zaplanowałem podróż i w nosie mam pogodę!

Czytaj dalej...

Okazuje się, iż gdy mam zabrać się do opisu miasta "idzie jak umarłemu krew z nosa". Nawet muszę się zbierać do "zabierania się". Jak już wspominałem przy Sion - nie mam praktyki w opisywaniu architektury, o historii tez nie chce zanudzać i tak zostaje tylko z opisem tuptania to tu, to tam. Martigny mijaliśmy już dwukrotnie - pierwszy raz jadąc z Anglii, drugi raz uderzając na Mauvoisin. Co na pewno mi się zapamięta do końca życia z panoramy Martigny - szczyt la Crevasse pięknie panujący nad doliną w której miasto leży, oraz zamek widziany z każdej strony, z jakiej do Martigny by nie wjeżdżał.

Czytaj dalej...

Wróciliśmy do domu, pełni wrażeń po Grande Dixence - przyznacie, że było pięknie.
I sam nie wiedziałem gdzie jutro - Martigny??Sierre??(obie miejscowości będą niedługo opisane) - to do neta.
Zafascynowały mnie zapory wodne - przeczytałem, iż Wallis, to prawdziwe zagłębie!!
No to szukamy...
Mauvoisin - 250 metrów wysokości!!!
Najwyższa tama łukowa w Europie, 3cia najwyższa na naszym kontynencie - o, to już tam, prawie,  jestem!!
Poranek z książką, Dorka szykuje ekwipunek (bo jeździmy z obiadkami i takimi tam - co by nas ten mały,  żółty, z pewnej reklamy nie dopadł - a w terenie on wcale nie jest mały, czasami by człowiek zjadł konia z kopytami).
Martigny, ach Martigny - mijamy autostradą miejsce, które odwiedzimy jutro (jest wtorek).
Będzie uczta dla oka - z autostrady widać, iż mała mieścina mieści w sobie wielką dawkę uroku.

 

 

Czytaj dalej...

Przypominam co następuje: mieszkamy w gminie Nendaz, wioska Nendaz Station - kanton Wallis.
Więc warto coś napisać o stolicy kantonu (nie chce zanudzać co to kanton - w skrócie coś jak starogreckie "państwo-miasto"), Sion. Jadąc do Nendaz z kierunku Lozanny na jakieś 5 km przed zjazdem przywitały mnie trzy wzgórza - gdy się je raz zobaczy, widok zostaje przed oczyma do końca życia.
To właśnie jeden ze znaków rozpoznawczych Sion - na dwóch z trzech wzgórz -  zabudowania - ale o tym za chwilę.
Miasto na pierwszy rzut oka nie wyróżnia sie niczym od niewielkiej mieściny, gdzieś na peryferiach, położonej w pięknej dolinie.

 

Czytaj dalej...