śr, 16 kwietnia 2014

Klikam "lubię to" i znikam

Okiem pana M. Blog Piotra Mirowicza

"(...) mam przyjaciółkę, która może nie opisuje wszystkiego ze zbyt wieloma szczegółami, ale nowe wpisy dodaje praktycznie co chwilę. Po prostu cały dzień w pigułce, że wstała, że do pracy, że na piwo, że siedzi sama, że obiad, że impreza, że idzie spać, że dobranoc, a od rana znów to samo (...)" pisze na jednym z forum 22-letnia kobieta podpisująca się nickiem Eileen. Wpis Eileen zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłem rozwinąć temat – i o uzewnętrznianiu się na portalach społecznościowych będzie tym razem.

Korzystam z facebooka - jednego z najpopularniejszych portali na świecie (swoją drogą – portal ma już ponad 10 lat i miliony użytkowników, więc ciężko znaleźć kogoś, kto z tego portalu nie korzysta). Czasami umieszczam zdjęcia, wpisuje komentarze, klikam "lubię to" i ... przeglądam, oglądam i marnuje czas na "życie innych ludzi".

 

Wśród moich facebookowych znajomych są ci, z którymi kontaktuje się na co dzień. Są też tacy, których spotkałem raz, czy dwa razy i już zostałem przez nich zaproszony do grona znajomych. Kiedy przychodzi do kolejnego spotkania z takim "znajomym", ten odwraca głowę i udaje, że mnie nie zna – znacie to? Zapewne spotyka to każdego użytkownika tegoż portalu społecznościowego. Co jakiś czas staram się robić tzw. przesiew. Patrzę na nazwiska, imiona, twarze i stwierdzam, że tego człowieka nie znam. Ląduje wtedy do "kosza znajomych". Bo po co, interesować się życiem osób, których nie znam? Od tego jest SE, FAKT i pudelek (swoją drogą, wspaniała rozrywka na mroźne wieczory).

 

Są też tacy, wśród moich facebookowych znajomych, z którymi kontaktuje się tylko na portalu, bo dzielą nas kilometry, praca i czas... którego zawsze brakuje. Któryś z nich wyśle krótką wiadomość, ja na nią odpowiadam i tak to się kręci. Poza tym portal oferuje bardzo przydatne rozwiązania: - tworzenie grup, gdzie w jednym miejscu konkretne osoby wymieniają się spostrzeżeniami na dany temat. - tworzenie imprez kulturalnych, towarzyskich itp. Nie uważam portalu za zło. Żeby to było jasne..

 

Wśród facebookowych znajomych – są też osoby, które znam, lubię i o ich świecie, życiu wiem więcej niż ich mama. A wszystko przez to, że informują o tym każdego, kogo mają wśród swoich znajomych.

 

Od pewnego czasu obserwuje niepokojące zjawisko – uzewnętrzniania się na portalach społecznościowych. Udostępniania zdjęć dzieci i – tak jak napisała Eillen – informowania wszystkich o tym, co ktoś robi w danej minucie, w danym miejscu i z konkretnymi osobami "po prostu cały dzień w pigułce, że wstała, że do pracy, że na piwo, że siedzi sama, że obiad, że impreza, że idzie spać, że dobranoc, a od rana znów to samo".

 

Przeglądając wpisy wiem, że pani K. na śniadanie zjadła płatki, po śniadaniu założyła czerwoną bluzkę i niebieskie spodnie. Spóźniła się na pie***ony tramwaj. W pracy było jeszcze gorzej, bo szef się na nią wkurzył. Zjadła lekki lunch. Koleżanka krzywo się na nią spojrzała. A ten facet z drugiego działu ma fajne niebieskie oczy. Po pracy przyszedł czas na odpoczynek. Więc dowiaduje się ( i nie tylko zresztą ja), jak panna K. zamierza spędzić wieczór. Jeżeli będzie to spotkanie z przyjaciółmi, to zaraz ich poznam, zobaczę ich zdjęcia i co kto ma na talerzu. Jeżeli będą oglądali film, to poznam jego fabułę i (sic!) zakończenie. Panna K. pożegna swoich gości – informując o tym mnie i pozostałych facebookowych przyjaciół – da buziaka nam wszystkim na dobranoc, a rano napisze jaki miała straszny sen – "bo po takiej ilości alko i strasznym szefie, nie mogło mi się przyśnić nic miłego".

 

Pod każdym wpisem panny K. pojawiają się komentarze. Dziesiątki, a nawet setki komentarzy. A znajomi i znajomi znajomych, lub nieznajomi – jak szaleni będą klikali "lubię to". Bo jak można tego nie polubić?

 

Od panny K. jeszcze gorsze są młode mamy. Zaczyna się od 3 miesiąca ciąży. Młoda mama informuje facebookowe środowisko, że się udało. Tyle się starali a do tej pory nie wychodziło. Na "fejsie" ląduje pierwsze zdjęcie z USG, goły brzuch z uśmiechniętą buzią albo dziecięce buciki. Pomysłowość nie zna granic. Chociaż, w tym przypadku jest raczej mało oryginalnie.

 

Później jest jeszcze gorzej. Młoda mama – a w zasadzie przyszła mama – informuje "facebookowych znajomych", o swoich bólach, skurczach, porannych mdłościach i mężulku, który jest na każde zawołanie: "ale miałam ochotę na lody truskawkowe" i zdjęcie ciężarnej przyszłej mamy z pucharkiem lodów ląduje na tapecie. Zdjęcie najczęściej robi przyszły tata, zadowolony, że wrócił z lodami dla swojej ukochanej. Po lodowych i ogórkowych zachciankach, dowiadujemy się, że przyszli rodzice mają problem z wyborem imienia dla dziecka. Ogłaszają konkurs. "Pomożecie?" - pytają swoich facebookowych znajomych. I wtedy koleżanki (najczęściej młode mamy, albo przyszłe mamy, albo tatusiowie lub przyszli tatusiowie), biorą udział w plebiscycie na najlepsze imię dla jeszcze nienarodzonego dziecka. "Kubuś, Marcinek, albo Tadeusz" – pisze ciężarna. Kolega ze szkolnej ławki, z którym przyszła mama nie widziała się od 10 lat, informuje, że on i jego żona wybrali dla swojego syna imię Marcinek. Wtedy koncepcja musi ulec zmianie. No bo jak, jego Marcinek i nasz Marcinek. Tylu Marcinków?

 

Wybór imienia to jedno. Dużo trudniejszym tematem, z którym musi koniecznie podzielić się młoda mama jest wybór szpitala....

Szpital. Pierwsze zdjęcie dziecka. Zdjęcie spoconej kobiety, na sali porodowej. Uśmiechnięty, blady i dumny tatuś. Pępowina. Krew.... i sweet focia, która ląduje na portalu społecznościowym.

Po tym wszystkim facebookowi przyjaciele otrzymuję niezapomnianą dawkę zdjęć "pierwszego dnia w domku małego dzidziusia". Dowiadujemy się, jakie zabawki, łóżeczko i pieluszki przygotowali rodzicie. Kolejny album zdjęć – mama, tata i synuś. Dziadek, babcia i wnuczek. Pierwsza gwiazdka, choinka, prezenty "maluszek nie mógł doczekać się prezentu. A ten od wujka Grzesia bardzo mu się spodobał" i sruuuu zdjęcie ląduje na portalu.

 

Niedawno przygotowywałem materiał o uzewnętrznianiu się na portalach społecznościowych. Wybrałem się wówczas do psychologa po poradę i jasną odpowiedź – po co ludzie to robią? Co nimi kieruje?

Odpowiedź mnie zaskoczyła – kiedyś spotykaliśmy się w mieszkaniach przy kawie. Rozmawialiśmy, wyciągaliśmy zdjęcia, wspominaliśmy. Dziś nie mamy na to czasu. Jeżeli spotkanie na kawie to tylko w kawiarni na mieście. Jeżeli kawiarnia na mieście, to taka, żeby była na trasie między pracą a klubem fitness. Szybko, między pracą a zajęciami z aerobiku. Nie mamy czasu na spotykanie się ze znajomymi, przyjaciółmi w domach. Liczy się czas. Ten, którego tak bardzo nam brakuje. Bo praca, bo szef, bo milion innych obowiązków. Portal społecznościowy stał się takim miejscem, gdzie możemy w wolnych chwilach od pracy (jak szef nie patrzy), albo wieczorami, kiedy uśpimy małego, a stary ogląda mecz, udostępnić zdjęcie, spojrzeć jak żyje pani D i pan C, którego nie widzieliśmy kilka lat. A przy okazji, możemy podzielić się swoim zdjęciem, refleksjami, chwilami słabości i małym bądź większym sukcesem. Wtedy też, liczymy na odwzajemnienie i zainteresowanie znajomych i często (a nawet bardzo często) wirtualnych znajomych. Wciąż w nas drzemie chęć rozmowy... na którą jest coraz mniej czasu.

 

To co? W takim razie mam przymknąć oko na setne zdjęcie maluszka? Na kolejny wpis panny K., której szef każe pracować po godzinach? A może po prostu wyłączyć się z tego wirtualnego świata i przenieść do świata żywych. Wtedy jednak może się okazać, że jestem sam, a cała reszta klika właśnie "lubię to".

 

Przed nami święta. Dowiem się zapewne, jak przybraliście wasze wielkanocne koszyki. W jakim kościele byliście i co przyniósł zając. Następnego dnia, część z was napisze, że ma cholernego dyngusowego kaca i najlepszy jest prysznic, który zafundował wam synek albo kochający mąż. Wesołych Świąt.

 

Piotr Mirowicz

Obserwuję i piszę...

Komentarze   

-1 # Rolek 2014-05-15 23:16
Smutne to siakoś. Wychodzi mi na to, że bez fejsbuka się nie da. A ja wiem, że się da. Nie korzystam z ŻADNYCH portali społecznościowy ch i o dziwo, żyję...
Żonę mam, superowego sześciolatka mam, o żadnym z nich świat nie wie i mamy się okejowo - jak mawia mój sześciolatek.
Do mojego pustego łba nie przyszłaby myśl, aby dzielić się każdym puszczeniem bąka z tłuszczą, ale cóż, może za stary jestem...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # A 2014-04-16 21:52
Trochę Pan chyba Panie Piotrze przesadza. A może to Pana pokolenie już jest takie. Bo my 40-latkowie spotykamy się regularnie w realu, kilkoro znajomych nie ma konta naa FB i w ogóle jest między nami ok. A....i nie publikujemy zdjęć swoich dzieci. Ja nie publikuję.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+2 # Michał 2014-05-08 17:47
Pan Piotr nie przesadza. Zgadzam się w stu procentach. Wielu młodych ludzi ale także 30-latków jest uzależnionych od facebooka. Znam wiele osób które z laptopem nie rozstają się nawet w toalecie. Opisują dosłownie wszystko co robią podczas dnia poczynając od zakupów po zrobienie kupy w domu. Smutne ale prawdziwe
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
-1 # papa mobile 2014-04-16 15:34
dzięki za przybliżenie mi życiorysu obcej osoby!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież