śr, 24 września 2014

Lista marzeń do spełnienia

Okiem pana M. Blog Piotra Mirowicza
Lista marzeń do spełnienia Fot. freeimages.com

Stworzyłem listę. Wypisałem marzenia, które chcę zrealizować przed śmiercią. Na tamtą stronę jeszcze się nie wybieram, ale na wszelki wypadek, lepiej taką listę mieć w zanadrzu. Gdyby ktoś, kiedyś, gdzieś przy okazji zapytał mnie "miałeś listę marzeń?". Wtedy dumnie odpowiem "tak". A na kolejne pytanie tego kogoś, czy "zrealizowałeś któreś z marzeń wypisanych na liście", z dumą odpowiem "tak… albo próbowałem".

Listę z marzeniami stworzyła także moja żona. Jak się później okazało, bo oboje przejrzeliśmy swoje listy - mamy wspólne marzenia. Jednym z nich było rzucenie przeze mnie papierosów. Zaprzestanie trucia siebie i osób w moim otoczeniu. Definitywny koniec z dwudziestoma pałeczkami nasiąkniętymi substancjami smolistymi. Koniec z porannym okrutnym śmierdzącym zapachem z ust. Koniec ze strachem, że w każdej chwili zapalę ostatniego papierosa z paczki i nie znajdę sklepu, w którym kupię kolejną. Koniec z dymkiem. Z zapałkami i zapalniczką. Przerwami w pracy na "jednego".

Każdy palacz zna to uczucie. Nie ma! Skończyły się. To był ostatni papieros. Co teraz? Kiedy kupię nową paczkę? Ktoś mnie poczęstuje? Jak długo wytrzymam bez kolejnego papierosa? Co teraz? Co ja zrobię? I rozpacz. Mija 10 minut. 15, 20, pół godziny. Na zegarze dochodzi godzina, a nasze ciało zaczyna wariować. Zalewa nas zimny pot. I wciąż powtarzające się myśli: kiedy zapalę? gdzie kupię papierosy, i to najokrutniejsze - jak długo jeszcze wytrzymam bez papierosa? Kiedy skończy się mój koszmar?

Tworząc listę marzeń, rzucenie palenia umieściłem na drugim miejscu. Zaraz za kursem pilota odrzutowca. Obie rzeczy - przy tworzeniu listy marzeń - wydawały się nieosiągalne. Papierosy były dla mnie czymś naturalnym. Jak to, że na szczoteczkę do zębów nakładam pastę. Do posiłku wypijam wodę. Kebaba kupuje u Turka. A buty które noszę, chociaż bardzo tego nie chcę, są wyprodukowane w Chinach albo w Tajlandii. Wiedziałem, że nigdy nie odważę się na kurs pilota odrzutowca. I nigdy też, nie będzie mnie na to stać. Do tego - mimo, że jestem chłop jak dąb - do kursu pilota odrzutowca musiałbym być jak dwa dęby albo nawet trzy dęby. Kurs zatem odpada. Ale z marzeń nigdy nie zrezygnuję.

Nie zrezygnowałem także z marzeń o rzucaniu palenia. Postanowiłem, że w końcu to zrobię. Że tym razem się uda. A warto podkreślić, że miała to być kolejna próba zerwania z nałogiem. Wcześniej brałem tabletki. Doustne pastylki. Przyklejałem plastry. Kupiłem nawet elektronicznego papierosa. Jest super - mówili "dobrzy palacze". Nie chce się po tym palić - dodawali i wkładali do ust to "e-cudo" zaciągając się "czymś, co jest w środku tego czegoś". Na mnie to nie działało. Ani "e" z dziwnym zapachem i wkładem. Nie czułem się dobrze także po plastrach i doustnych tabletkach. Więc tym razem, do rzucenia papierosów podszedłem psychologicznie. A mówiąc wprost - powiedziałem sobie, że tym razem robię to na poważnie. Ot, cała filozofia. Skoro jest to moje marzenie, chciałaby tego także moja żona, to dlaczego mam dłużej to robić. Chcę z tym skończyć, więc z tym skończę.

A co z silną wolą, której zawsze mi brakowało - myślałem wtedy. I od razu rodziła się odpowiedź na moje wątpliwości - tym razem musi się udać. Pierwszy dzień bez porannego dymka. Kto rzucał, wie że to najtrudniejszy moment. Kawa nie smakuje. Jeść się nie chce, a jedyne, o czym marzy palacz, to PAPIEROS. Marzyłem tylko o tym. Chciałem wyjść na zewnątrz. Wyjąć z kieszeni papierosa i zaciągnąć się. Poczuć w sobie nikotynę i wszystko co jest w środku. Jestem silny - myślałem sobie wtedy. Nie mogę się złamać. Chcę tego. Bardzo chcę rzucić, więc muszę wytrzymać. Wytrzymałem pierwszy dzień. Najtrudniej było przed wejściem do samochodu. Po zaparkowaniu samochodu. Przed wejściem do budynku. Po wyjściu z budynku. I te pytania kolegów i koleżanek z pracy: "idziesz na fajkę?" i moja odpowiedź "nie dzięki, rzucam". "Przestań się wygłupiać, ile już nie palisz" zachęcali do wyjścia i zapalenia papierosa, "od dziś" - odpowiadałem. I wtedy bombardowano mnie salwą śmiechu i słowami "do jutra nie wytrzymasz, nie poradzisz sobie"…. A czy sobie poradziłem? Zobaczymy.

Piotr Mirowicz

Obserwuję i piszę...

Komentarze   

0 # Domingo 2017-07-29 06:11
Attractive portion of content. I just stumbled upon your blog
and in accession capital to assert that I acquire in fact enjoyed
account your weblog posts. Anyway I will be subscribing in your augment and even I achievement you get right of entry to constantly fast.


My blog post; foot pain cancer (mittiesiefker. hatenablog.com: mittiesiefker.hatenablog.com/. ../...)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Kolega zza filara 2014-09-24 22:41
Ty Miro naprawdę i do słowa i do duszy wrażliwie podchodzisz. Ja rzucałem palenie z poświęcenia dla ukochanej, bo kto lubi całować się z popielniczką, ale bez romantycznej listy marzeń. a to fajne jest. Cieszę się , że wprowadziłeś się do mojego facebooka, to czasami czymś zainspirujesz albo wstrząśniesz. Pozdrów żonę i napisz , co było na jej liście pod jedynką , bo przecież nie "pasażerka odrzutowca"... Kończąc życzę Ci tysiąca "minut" z każdej obsługi
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # Wiktor Zborowski 2014-09-24 18:01
"Kebaba kupuję u Turka" To powodzenia, większość z nich to Irańczycy
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież