sb, 20 grudnia 2014

Choć goni nas czas

Okiem pana M. Blog Piotra Mirowicza
fot. Piotr Mirowicz fot. Piotr Mirowicz

To miała być podróż roku. Wyczekana. Wystudiowana z detalami. Najpierw północ kraju. Później środek, a ostatnie dwa tygodnie południe i wylegiwanie się na rajskich plażach. To miała być podróż roku. Pieniądze uzbierane. Rzeczy spakowane. Wizy i bilety lotnicze kupione. Szczepienia zaaplikowane. To miała być podróż marzeń, a wyszło jak wyszło. Lekarze, szpital w hotelu, kroplówki i wirus, który nie odpuszcza i ciągnie się za mną jak smród...

To, że na wakacje wyjedziemy do Azji, było niemal pewne. Oboje z M. uwielbiamy ten rejon świata. Przepyszne jedzenie, mili i sympatyczni ludzie, tanie noclegi. Niezwykły klimat i kultura. Długo zastanawialiśmy się, jaki rejon Azji wybierzemy. Najpierw myśleliśmy o Tajlandi, później – po opowieściach kolegi - o Sri Lance, a zakończyliśmy na wyjeździe do Indii.

Nic nie wskazywało, że ta wycieczka zakończy się klęską. Nie byliśmy przygotowani na porażkę. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie jedzie na wakacje z myślą, że może z nich nie wrócić. Studiowaliśmy mapy, wczytywaliśmy się w historię państw i poszczególnych miast. Notowaliśmy w zeszycie uwagi innych podróżników i punkty, które trzeba zobaczyć. Lista była długa. A my pełni nadziei liczyliśmy, że odwiedzimy wszystkie miejsca. I systematycznie będziemy je odhaczać.

Przed wyjazdem były pożegnania z rodzinami i przyjaciółmi. Bardziej kurtuazyjne. Bo kto brałby pod uwagę fakt, że to mogłoby być ostatnie spotkanie z najbliższymi. Były serie szczepień. Przed wyjazdem w te rejony warto wziąć "na wszelki wypadek" szereg zastrzyków. Tutaj i komary i jedzenie, a nawet woda są niebezpieczne. Zapakowaliśmy po dwie pary krótkich spodenek, t-shirty, klapki, kosmetyki i zestaw leków przeciwbólowych (znów "na wszelki wypadek").

Nie zapomnieliśmy o strzykawkach. To po radach kolegi, który w tych rejonach był.

- Weźcie ze sobą strzykawkę – powiedział Ł. przed naszym wyjazdem.

- Strzykawkę?

- Weź, oni tam używają jednej do wszystkiego. Na wszelki wypadek!

 Więc wziąłem, na wszelki wypadek. Ale byłem pewien, że to kolejny niepotrzebny przedmiot, który zapełni nam plecak.

Strzykawka? M. pomysłem kolegi podróżnika była zszokowana jeszcze bardziej niż ja. Szok przeżyli także nasi rodzicie, którzy na samą myśl, że tam dokąd jedziemy, używa się jednej do wszystkiego, stracili na kilka minut oddech, posiwieli i zaczęli wyobrażać sobie, że na pewno coś nam się stanie i ta jedna strzykawka, która krąży po Indiach, zostanie wbita właśnie w nasze ciała. Wrócimy zakażeni i chorzy. Jeżeli w ogóle wrócimy. Uspokoiliśmy rodziców. Bo przecież jeździliśmy już po Azji i byliśmy pewni, że nic nam się nie stanie. Uwierzyli. Uspokoili się i pozwolili wyjechać. Po całusie na do widzenia. I po dolarze na szczęście.

Na lotnisku - bez kłopotów. Lot - bez opóźnień i turbulencji. Przesiadka. Jedna, druga, a później trzecia - między Bombajem a stolicą. Wreszcie wylądowaliśmy na miejscu. Wyszliśmy na zewnątrz i zobaczyliśmy coś, czego do tej pory w Azji nie widzieliśmy. Bród, jakiego nie ma w Kambodży. Smród, jakiego nie doświadczyliśmy w Wietnamie nawet w dzielnicy, gdzie zabijano psy. I bezdomni. Niewyobrażalna liczba bezdomnych. Do tego święte krowy, świnie i psy, które taplały się w śmieciach zalegających na ulicach. A widok ludzi i zwierząt zbierających jedzenie z tej samej kupki odpadów odpychał nas. Chcieliśmy uciec z jednej z głównych ulic miasta najszybciej jak to możliwe.

Każde wyjście z hotelu było walką o przetrwanie.

Walczyliśmy z bezdomnymi i z kierowcami tuk-tuków o przejście, z taksówkarzami i transseksualistami o to, by zostawili nas w spokoju. Każdy chciał nas oszukać. Bawił się nami i radowali strachem, który malował się na naszych twarzach. Widać było, że jesteśmy zagubienia. Gdyby to była nasza pierwsza wycieczka do przeludnionego, azjatyckiego kraju, na pewno byśmy przepadli. Zostalibyśmy oszukani, okradzeni, wykorzystani. Na szczęście mieliśmy to już przepracowane. Pieniądze przy sobie. Gardło ściśnięte. I ostre narzędzie w kieszeni "na wszelki wypadek".

Do tej pory wszystko się układało. Poza hotelem, w którym nie mieli naszej rezerwacji. I punktem, w którym mieliśmy kupić bilety na pociąg, a którego nie mogliśmy znaleźć. Kochani tubylcy, wskazywali zupełnie inne miejsce, w którym biały mógłby nabyć bilet na zupełni inny środek lokomocji. Ot, taka ich atrakcja. W końcu jednak się udało. Po wielu perturbacjach zdobyliśmy bilety do Waranasi. Chcieliśmy zobaczyć lokalsów kąpiących się w trupach. I od tego momentu zaczęły się prawdziwe problemy.

Pociąg miał wyruszyć następnego dnia. Wczesnym rankiem. Wstaliśmy, przeszliśmy przez tunel, pod którym budziły się rodziny bezdomnych. Matka z wyciągniętą piersią karmiła dziecko. A ojciec czyścił tuk-tuka. Dotarliśmy na peron o numerze 13. To nie miał być pechowy peron. Nie jesteśmy przesądni. Okazało się jednak, że trzynastka dała się nam we znaki. Pociąg, który miał wyruszyć o 6:13 miał opóźnienie 6 godzin. Później okazało się, że 6 godzin przerodziło się w kolejne 15, a następnego dnia, dowiedzieliśmy się, że pociąg jeszcze nie wyjechał i prawdopodobnie nie wyjedzie przez następne kilka dni. Pech. Indie rządzą się swoimi prawami. Ze stolicy trzeba było się jednak wydostać. I to jak najszybciej.

Wynajęliśmy samochód z kierowcą. Ze stolicy do Taj Mahal i dalej do Jaipur. Jazda z prędkością 50 kilometrów na godzinę, przez puste autostrady. W głośnikach hinduskie discopolo i taksówkarz, dla którego czas to pojęcie względne.

Taj Mahal jak na filmie "Choć goni nas czas" z Morganem Freemanem i Jackiem Nicholsonem. Z tą różnicą, że bohaterowie filmu byli na miejscu sami, a my z setką tysięcy wąsatych tubylców. Za wejście do świątyni hindus musi zapłacić kilka centów, a biały kilkanaście dolarów. Ale skoro przyjechaliśmy do tego kraju, a to jedna z najpiękniejszych atrakcji, trzeba było zapłacić i przecisnąć się przez grupę niskich hindusów.

Z Taj Mahal przejechaliśmy do miejsca, które przez kilkanaście dni stało się naszą więzienną celą. Do miejsca, które nas zatrzymało na dłużej niż tego chcieliśmy i się spodziewaliśmy. Staliśmy się zakładnikami Jaipur. A Jaipur stało się naszym domem. Tu dopadł mnie hinduski wirus. Przestałem kontaktować. Zacząłem żegnać się ze światem, a M. ze mną.

Wizyta pierwszego lekarza.

Dobrze ubrany, ze złotym zegarkiem, z dużą czarną walizą, ledwie trzymający się na nogach. Przewrócił mnie na bok, wyciągnął z torby strzykawkę, nie przemywając wcześniej rąk i nie zakładając rękawiczek, wbił substancję niewiadomego pochodzenia w moje ciało. Byłem nieprzytomny. M. płakała, bo nie wiedziała, co się dzieje. Nie rozumiała, dlaczego ten człowiek nie zachował należytych standardów higieny. I jeszcze ta igła. Strzykawka, która być może została użyta już na innym pacjencie. Nie było czasu na sprzeciw. Nie było czasu na wyjęcie z torby strzykawki przywiezionej z Polski. To były przerażające godziny. I dla niej i dla mnie. "Za kilka godzin mężowi powinno się polepszyć". Lekarz nie zdawał sobie sprawy, że zaaplikował mi w tyłek coś, czego nie byliśmy w stanie wymówić, brudnymi rękoma, i bez rękawiczek, ledwie trzymając się na nogach.

Kolejny dzień. Bardzo wysoka temperatura. Tracę przytomność z osłabienia. Krew zalewa mi twarz. Nie mogę jej przemyć wodą, bo wody w Indiach, ze względu na bakterie, nie wykorzystuje się ani do picia, ani do mycia. M. przemywa mi twarz koszulką. Mam rozwalony łuk brwiowy. Jestem osłabiony. Muszę leżeć i pić trzy kokosy dziennie.

Kokosy nie pomagają. Jest coraz gorzej. W drzwiach hotelowych zjawia się lekarz. Nie stawia diagnozy. Chce próbkę krwi i kału. Sanitariusz pobiera krew. Ten sam scenariusz. Brudne ręce, bez rękawiczek, z igłą i strzykawką niewiadomego pochodzenia. I łzy M. Bezsilność.

Nadal nie ma diagnozy. "To pewnie jakiś wirus", mówi do M. hinduski, dobrze ubrany, ledwo trzymający się na nogach lekarz. "Po pierwszej serii zastrzyków wszystkim przechodzi. Pani mąż wyzdrowieje. Nie martw się."

Nie martwi się. Jest przerażona, bo jej mężowi, mimo zapewnień nie przechodzi. Lekarz zjawia się następnego dnia. Nadal nie ma diagnozy. Trzyma w rękach wyniki i oznajmia, że przestały pracować nerki. "Dużo kokos i dużo wody". Przewraca mnie na brzuch. Pakuje we mnie serie zastrzyków. Scenariusz dobrze znany. Bez rękawiczek, bez umycia rąk. Ze strzykawką i igłą niewiadomego pochodzenia. I łzy. I ta bezsilność. Polskie standardy pozostały w Polsce. Tu jest trochę inaczej.

M. mówi, że miało przejść. Że mąż miał poczuć się lepiej. Temperatura nadal powyżej 40 stopni. Nadal nie kontaktuje. Nadal ma rozcięty łuk brwiowy. Lekarz rozkłada ręce. Nie ma wyjście, trzeba do szpitala. M. stanowczo odmawia. Będzie leczony w hotelowym pokoju, czy to się panu podoba czy nie!

Rano przyjeżdża sanitariusz, pobiera krew. Brudne ręce i brak rękawiczek.

Po południu zjawia się drugi lekarz. Przez dwie godziny podaje serie kroplówek. Później odwiedza nas kolejny sanitariusz i pobiera kał. Wieczorem zjawia się on! Znów nie ma diagnozy, ale obiecuję, że za kilka dni będzie lepiej, a wyniki poznamy po ich święcie, które rozpoczyna się jutro i potrwa przez najbliższe trzy dni. Czekamy. Antybiotyki, leki przeciwbólowe i kokosy. Jeden za drugim.

Rodzicie w Polsce wariują. Odchodzą od zmysłów. Zdawkowe informacje telefoniczne. Każde słowo jest ważne. Nie można powiedzieć za dużo. Nie można też kłamać.

Po tygodniu lekarz pozwala mi na wyjście z hotelowego pokoju. Jedziemy tuk – tukiem do miasta. Po dwóch godzinach wracamy. Znów temperatura. Na wyjście było za wcześnie.

Po 10 dniach opuszczamy Jaipur. Nasz azjatycki dom. Jedziemy dalej – na południe. Poznaliśmy diagnozę. Nigdy nie dowiemy się jednak, jak bakteria dostała się do mojego organizmu. To mogło być w jedzeniu, napoju albo w wodzie. Bo w Indiach nawet pod prysznicem trzeba mieć zamknięte usta, by woda nie dostała się do środka.

Na południu musieliśmy odpocząć. Dojść do siebie. Uważać na to, co jemy i co pijemy. Nadal przestrzegałem diety. I miałem nadzieję, że po powrocie do kraju będę zdrowy. Lekarz w rękawiczkach z Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, miał jednak dla mnie inną diagnozę.

Tak zapamiętam Indie.

Piotr Mirowicz

Obserwuję i piszę...

Komentarze   

0 # Chad 2017-07-29 06:46
I love what you guys are usually up too. This sort of clever work and exposure!
Keep up the excellent works guys I've you guys to our blogroll.


Also visit my webpage: vitamin b foot pain (wallrbyxkruzts.exteen.com: wallrbyxkruzts.exteen.com)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Ania 2015-01-22 17:48
czytałam i nie wierzyłam, ja poznałam zupełnie inne Indie (głównie rejon Bombaju), uśmiechnięci i przyjaźni ludzie, wbrew moim obawom nikt ani razu nie próbował mnie oszukac ani okraśc, nie widziałam ani jednej pijanej osoby! też zachorowałam (typowa biegunka, przez którą przechodzi większosc cudzoziemców), ale miałam do czynienia z bardzo miłą i profesjonalną panią doktor...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # Grażka 2014-12-29 22:59
Panie Piotrze
współczuję. Indie to jednak nie tyle potworny brud, co po prostu odmienny stan świadomości. Ludzie kierują się tam tak różnym systemem wartości, że zapiera to dech. Życie, zdrowie nie mają tam - takie odniosłem wrażenie - znaczenia. Wszystko co myślałem o Hindusach: że altruistyczni, łagodni, mili i uczciwi - to wszystko uleciało w sekundzie kiedy wysiadłem z samolotu. Ale mimo wszystko jakoś przeżyłem i teraz od czasu do czasu tęsknię. Za samosami, za tymi ich sosami, za ryżem, za thali. Było pięknie i mam nadzieję ze i Panu przejdzie! :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Piotr Mirowicz 2014-12-31 10:32
Grażko,
ja też, mimo wszystko jakoś przeżyłem. Teraz na samą myśl o sosach, brudnych knajpach, i hinduskich zapachach czuję ostry ból brzucha :)
Pozdrawiam i do usłyszenia
P.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+4 # Ewa Magdalena 2014-12-21 13:26
Bardzo ciekawy, osobisty tekst. Przerażający trochę. Ku przestrodze. Moim marzeniem jest zwiedzanie świata, wydaje sie to takie proste, jak z programów Cejrowskiego czy Makłowicza. Ale warto brać pod uwagę niebezpieczeńst wa, jakie to moze za sobą nieść. Moze jednak ominę Indie ;) dobrze, ze autor wrócił cały. Teraz tylko życzę mu pełnego powrotu do zdrowia.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # Piotr Mirowicz 2014-12-21 17:44
Szanowna Pani,
jeżeli Pani marzeniem jest zwiedzanie świata, to należy spakować plecak i ruszyć przed siebie. To nie musi być egzotyczna podróż. Żeby zaoszczędzić, proponuje prywatne kwatery i tanie hostele.
Dziękuję za życzenia.
Pozdrawiam i do usłyszenia.
P.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+4 # Beata Szewczyk 2014-12-21 10:55
Pamiętam, gdy moja, bywała w świecie, bratowa, Kasia, mówiła, że Indie to nie tylko np: bajkowe mauzoleum Taj Mahal, ale też brud i paskudne zapachy, jakich nie widziała, i nie czuła, nawet w bardzo biednej Afryce...Myślał am, że przesadza...

Ciekawy tekst, napisany z emocjonalnym "nerwem". Dobrze się czyta, choć krew w żyłach chwilami mrozi. Ale warto to zrobić, choćby po to, by uniknąć takich problemów, jak te, które spotkały Piotra.
Na razie zaprosiłam Go i M. do grona gości programu "Nie Śpij. Zwiedzaj z Radiem Gdańsk" 31.01.2015.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież