wt, 13 stycznia 2015

Na bezludnej wyspie

Okiem pana M. Blog Piotra Mirowicza
Fot: Flickr Fot: Flickr

Gdyby tak wszystko, co nas otacza zamienić na bezludną wyspę? Spakować walizki i wyjechać. Czy miałbym mniej, czy więcej problemów? Może warto się przekonać i ruszyć w świat? Budzę się. M. ubrana w liście palmowca, krzyczy do mnie z drugiej strony wyspy. Chce bananów. Zamierza przyrządzić pożywne śniadanie. Podgrzewany banan z sosem bananowym. Nie ma problemu. Wyspa jest duża. Z jednej jej strony urządziliśmy sypialnię, z drugiej kuchnię i łazienkę. Prysznic bierzemy w oceanie. Wodę pitną oszczędzamy.

Wstaję i idę na poszukiwanie zielonych owoców. Znajduję bananowca. Wdrapuję się na niego i zrywam kiść. Będzie wyżerka – myślę. W tym czasie M. przyrządza herbatę ze świeżo zerwanych liści dziwnej rośliny, której nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Ma fantastyczny zapach i smak. Znalazłem ją podczas ostatniej wyprawy po mango.

 

Po drodze jeden z bananów upada na ziemię. Nie martwię się. Podnoszę owoc i zauważam pełzającego węża. Delikatnie się odsuwam, podnoszę banana i odchodzę. Nie boję się zwierząt żyjących na wyspie. Mam jednak do nich ogromny respekt.

 

Docieram do prowizorycznej kuchni. Podaję M. banany i rozpalam ogień. To będzie dobry dzień. Kolejny. Wieczorem lubimy słuchać szumu fal. A w ciągu dnia... dużo śpimy. Ale po kolei.

Odpowiedź na ogłoszenie.

 

To był bilet w jedną stronę. Wiedzieliśmy, na co się piszemy. W ogłoszeniu w gazecie było napisane "Wstajesz i musisz iść do pracy? Wcale nie musisz! Napisz, a my zagwarantujemy ci wieczne wakacje". Odpowiedzieliśmy na treść ogłoszenia "Wstajemy, a chcemy spać. Nie chcemy chodzić do pracy. Nie potrzebujemy szefów". Do tego napisaliśmy kilka słów o sobie, nagraliśmy zabawny filmik z naszymi uśmiechniętymi buziami i - po dwóch tygodniach - odezwali się do nas. Okazało się, że organizują wyjazdy na bezludną wyspę. Żeby wyjechać i rozpocząć nowe życie, musimy zrezygnować z dotychczasowego. I... oddać im wszystko, co mamy. W zamian otrzymamy bilety lotnicze w jedną stronę.

 

Chcieliśmy odpocząć od otaczającego nas świata. Zacząć coś nowego. Coś, o czym marzyliśmy. Nowe życie. Podróż w nieznane. Ta propozycja wydawała się idealna. Bez pracy. Można robić, co się chce, bez konsekwencji. Słońce przez 365 dni w roku. Przejrzysta woda. Zieleń. Piasek. Szum wody. Owoce. Świeże owoce. Przepyszne ryby. Egzotyczne zwierzęta. Rozbitkowie. Palmy. Kokosy. Ananasy. Ukryte skarby. Ukryty rum, którego wystarczy do ostatnich dni.

 

Wzięliśmy wszystkie za i przeciw. A raczej wszystkie za. Wyobrażaliśmy sobie małą chatkę pośrodku wyspy. Hamak. Drink z palemką. Papugę, która powtarza za nami słowa. Nawet te brzydkie. Wspaniały przejrzysty ocean. Łódź do połowu ryb. I dużo wolnego czasu.

 

Spakowaliśmy się. Pożegnaliśmy z rodziną i przyjaciółmi. Szefom serdecznie podziękowaliśmy. I po prostu... zdecydowaliśmy się na propozycję. Wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, co znaczy mieszkać na wyspie. Dziś już wiemy. Czy było warto?

Dzień po dniu, na bezludnej wyspie.

 

Budzę się. M. krzyczy do mnie z drugiej strony wyspy. Chce bananów. Zamierza przyrządzić pożywne śniadanie. Podgrzewany banan z sosem bananowym. Kolejny banan. Od dwóch tygodni jemy tylko to. Skończyło się mango. Więc musimy przyrządzać cholerne banany.

 

Po drodze jeden z bananów upada na ziemię. Jestem wściekły. Podnoszę go i dostrzegam pełzającego, obślizgłego węża. Odskakuję i uciekam. Nie cierpię węży. Nie cierpię wszystkich żyjących stworzeń na tej wyspie. Wiem, że jak któryś z nich ukąsi mnie albo M., to umrzemy. Nie ma lekarza. Nie ma też nikogo, kto mógłby nas stąd zabrać. Tu nie ma nikogo prócz nas.

 

W ubiegłym tygodniu próbowałem złowić rybę. Bezskutecznie. Wszedłem do wody i pokaleczyłem się o ostre kamienie leżące wzdłuż brzegu. Nie będziemy jedli ryb – oznajmiłem M. Nie złowisz ryb, to ich nie przyrządzę – usłyszałem. Przyda nam się dieta warzywno – owocowa. Chociaż świeżutki dorsz albo wędzony łosoś za mną chodzi. W budach w Brzeźnie można było zamówić – podali do stołu, wystarczyło posolić, popieprzyć i schrupać popijając zimne piwko. Tu nie ma ani ryb, ani soli, a tym bardziej frytek. A dieta warzywno – owocowa to też pic na wodę, bo w kółko jemy banany.

 

W kość daje też popalić słońce. Dosłownie DAJE POPALIĆ. Przez pierwsze dwa tygodnie na wyspie używaliśmy kremów. Filtr 50. Po nim było jedynie zaczerwienienie. Krem jednak szybko się skończył i od tamtej pory unikamy słońca. Nie leżymy na piasku z książką w dłoniach. Książek też już nie mamy, wszystkie spaliliśmy. Ale o tym za chwilę.

 

Nie lubimy też piasku. W południe jest tak nagrzany, że nie możemy spokojnie przejść z prowizorycznej kuchni do prowizorycznej sypialni. Koszmar. M. zrobiła z liści palmowca coś na kształt butów, ale gorący piasek i tak dostaje się między palce. Z kuchni do sypialni staramy się chodzić w nocy. Wtedy z kolei, zamiast gorącego piasku, dokuczają nam komary, które dosłownie wbijają się w nasze ciała, kłując każdy jego centymetr.

 

Myśleliśmy, że na wyspie będziemy pili rum. Kolorowe drinki z palemką. Marzył mi się bar pośrodku basenu. Wyobrażałem sobie uśmiechniętego kelnera, który miesza smaki i dodaje świeże owoce. A na koniec dnia dolewa whisky. Tu jednak... nawet nie ma wody.

 

Próbowałem zrobić prowizoryczną łódź. Chciałem wypłynąć wgłąb oceanu. Już zanim zacząłem ją budować, przestałem. Nie miałem tyle determinacji co Tom Hanks w filmie Cast Away. Nawet M. uznała to za idiotyczny pomysł. Po co chcesz opuszczać wyspę? - zapytała. Jesteś przecież w raju.

 

Książki, które przywieźliśmy ze sobą na wyspę, już dawno poszły z dymem. W kółko czytaliśmy te same pozycje. Nie ma udogodnień XXI wieku. Brak prądu, telewizji i darmowego wifi. Tu nie ma nic.

 

Jest za to spokój i cisza.
To raj?

Piotr Mirowicz

Obserwuję i piszę...

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież