wt, 27 stycznia 2015

Czym się strułeś tym się lecz

Okiem pana M. Blog Piotra Mirowicza
Szpital w Kościerzynie Fot: Tadeusz / kontakt@radio.gdansk.pl Szpital w Kościerzynie Fot: Tadeusz / kontakt@radio.gdansk.pl

- Jedzie. Nareszcie. - Kto? - Salowa. Obiad jest.
Nie sądziłem, że na posiłek w szpitalu można czekać z takim utęsknieniem, dopóki sam nie spędziłem w nim tygodnia. Już teraz rozumiem. A to, co podają... odsyłam w zapomnienie. - Pacjent wstał? Unoszę głowę. Jestem zaspany. Na zegarze siódma trzydzieści. Półtorej godziny wcześniej pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę. Zaraz potem znów zasnąłem. Fajny sposób mają na mierzenie temperatury. Podchodzą do pacjenta i pistoletem celują w czoło. Duże ułatwienie i dla pielęgniarek, i pacjentów. Nie trzeba wkładać termometra pod pachę, czy w d.....

Nie jest to jednak doskonały pomiar. Pacjenci gadają, że ta spod trójki, co się w ogóle nie rusza, na swoim termometrze tym z rtęcią miała trzydzieści dziewięć, a na tym szpitalnym, nowoczesnym trzydzieści sześć i sześć. Ona ten termometr wszędzie ze sobą wozi? Pytam, bo nie rozumiem, po co komu w szpitalu własny termometr. Nie – słyszę od pacjenta – córkę poprosiła, żeby jej przywiozła, bo nie wierzy lekarzom i tym elektronicznym czytnikom. Jak ceny w sklepie, tak nas mierzą – mówi pacjentka starej daty. Przegryza sucharka. - Obiad bym zjadła...

- Pacjent chce kawę, czy herbatę?

- Jaką ma pani kawę?

- Zbożową.

- To herbatkę poproszę.

- Kubek pacjent ma?

- Kubek swój muszę mieć?

- A co taki zdziwiony. A sztućce odebrał z kuchni?

- Nie wiedziałem.

- No, nie wiedział. Mógł zapytać. Kto pyta, nie błądzi.

- Ma pani rację. Zaraz przyjdę po sztućce.

- Będzie je pan trzymał przez cały pobyt. Proszę je myć. I kubek też proszę myć.

- Dziwnie pachnie ta herbata.

- Herbata, jak herbata. Może kawę pan jednak chce?

- Nie, wypiję herbatę.

Salowa nalewa herbatę do szpitalnego kubka. Jest ciepła. Niegorąca. Stawiam kubek na stoliku. Czekam na główne danie. Widzę wózek wypchany smakołykami.

- Co mi panie zaproponują na śniadanie?

- Pan raczy żartować. Pan jesteś na diecie. Dużego wyboru nie ma.

- Czyli dla każdego coś innego.

- I dobrego.

- Na to właśnie liczę.

- Już głodny. Dopiero przyjechał i już zgłodniał?

- Obudziłyście mnie panie. Po nocy organizm domaga się pożywienia.

- Patrzcie go, jaki wygadany.

- Co panie mają na tym wózku?

- Różne posiłki dla różnych pacjentów.

- A dla mnie który?

- O ten.

Nakładają na talerz dwie kromki chleba. Jajko w całości. Kawałek pomidora. Jest nieźle – myślę. Zasiadam na szpitalnym łóżku. Obieram jajko, kroję szpitalnym nożem na kawałeczki, układam na chlebie i zjadam. Zagryzam kawałkiem pomidora. Popijam herbatę. Już zimna. Szybko. Zjadłem i nadal odczuwam głód. Dwie kromki to zdecydowanie za mało. Na kolejne śniadanie muszę poprosić o więcej.

Po godzinie myślę o kanapce. Chleb był dobry. Miękki. Czuć, że z piekarni. Dobry był pomidor. Jajko też całkiem niezłe. Chyba prosto od producenta. Minęły trzy godziny od śniadania. Chleb, jako i pomidor są jedynymi rzeczami, o których myślę. Przypominam sobie, jak wkładałem je do ust. Kolejna godzina za mną. Jest źle. Wciąż myślę o śniadaniu. Zastanawiam się, czy można prosić o kolejną kromkę chleba. Ale to dopiero jutro. Czekam na obiad. Zastanawiam się, co podadzą i w jakiej formie. Może będzie zupa. A jak dadzą coś, czego nie lubię? Dobrze by było, gdybym mógł wybrać. Ale ten chleb z jajkiem był genialny, rozpływał się w ustach...

Po kolejnej godzinie nie wytrzymałem. Musiałem zasnąć, żeby nie myśleć o jedzeniu. Niestety szybko się obudziłem, bo nawet we śnie był kawałek chleba, jajko i pomidor.

- Jedzie. Nareszcie.

- Kto?

- Salowa. Obiad jest.

- Ty też tak czekasz na obiad?

- Czekam, bo głodny jestem.

- Myślałem, że tylko mnie tak to męczy.

- Człowieku, tu wszyscy czekają na jedzenie. Nie ma tu innych atrakcji.

- A książki?

- Oczy bolą...

- Film, serial?

- Od telewizora człowiek głupieje. Poza tym w tej sali, gdzie telewizor stoi, jest cholernie zimno. Nie lubię marznąć.

- Może spacer?

- Gdzie tam. Nogi mnie bolą od chodzenia. Wolę jeść.

- Lubi pan jedzenie szpitalne.

- Dobre. Lubię.

- Co dają?

- Zobaczysz pan. Przekonasz się sam.

Nalewają zupę. Rosół jak w niedzielę u babci. Na drugie nakładają ziemniaki. Polewają sosem. Do tego groszek z marchewką. Czekałem na to pół dnia. Zjadam, nie myśląc, co jem. Szybko. Napełniam swój pusty żołądek. Popijam "kompotem". Jestem szczęśliwy. Żołądek wypełniony. Mogę odpocząć.

Między obiadem a kolacją rozmyślam. O śniadaniu i o obiedzie. O tym, co dokładnie zjadłem. Skąd wiem, że zupa to był rosół? Smakował jak rosół, wyglądał jak rosół, to dlaczego nie miał nic wspólnego z rosołem? Makaron rosołu nie czyni. Na drugie dostałem ziemniaki polane sosem oraz groszek z marchewką. Talerz był wypełniony ziemniakami. Przypominam sobie salową, która je nakłada. Byłem tak głodny, że nie zaprotestowałem. A przecież na co dzień ich nie jadam. A tu, cały talerz. Sos byle jaki. Bez smaku. Jedynie groszek z marchewką był ok. Kompot, którego salowa nalała do szpitalnego kubka, nigdy nawet obok prawdziwego kompotu nie stał. To była woda, zabarwiona na czerwono. Fuj! Wypiłem. A raczej zapiłem ziemniaki.

- Mówił pan, że jedzenie jest dobre.

- Smakuje mi, więc jest dobre.

- Przecież tego się nie da jeść.

- Cały talerz pan zjadłeś. Aż się uszy trzęsły. Widziałem.

- Byłem głodny.

- No właśnie. Tu wszyscy są głodni.

Czekam na kolację.

- Co pan taki niewyraźny?

- Głodny jestem.

- Przecież zjadł pan obiad niedawno.

- Pięć godzin temu.

- I już głodny.

- Przecież to były same ziemniaki.

- Znów marudzi. Dobra zupka była, marchewka z groszkiem i sosik.

- Zupa to sama woda, a na drugie dostałem talerz ziemniaków polanych sosem.

- I groszek z marchewką.

- I groszek z marchewką.

 

Na wózku salowej widzę chleb, masło, szynkę, ser i niewielkie pudełeczka z dżemem. Tym razem biorę trzy kawałki chleba. Nauczony doświadczeniem. Na jedną kromkę chleba nakładam dżem, na drugą ser. Trzecią jem suchą, bo nie mam co na niej położyć. Kładę się spać, jutro też jest dzień. A za kilkanaście godzin dostanę śniadanie. Szpital to fajna instytucja. Ludzie są mili. Tylko kucharz starej daty. Nie wie, że ziemniaki są już passé.

Piotr Mirowicz

Obserwuję i piszę...

Komentarze   

0 # agata 2015-01-31 14:09
A ja do szpitala pizzę zamawiałam ;-)
Całkiem dobre rozwiązanie ;-)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
-2 # Co za kretyn 2015-01-29 07:56
Co za ...
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Magia 2015-01-28 21:01
Pamiętam metamorfozę dietetyka z "wojewódzkiego" w Gdańsku, ze złotowlosego efeba w krótkim czasie zamienił się w obleśnego spaślaka. Chyba dlatego nie ma czym tej trzeciej kromki posmarować....
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Ania 2015-01-28 17:57
A żona do jedzenia nic nie doniosła? To słabo.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Piotr Mirowicz 2015-01-28 20:31
Gdyby nie żona, musiałbym jadać posiłki sąsiadów z "celi". M. bywała i herbatnikami mnie częstowała.
Pozdrawiam
P. Mirowicz
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Agnieszka 2015-01-28 17:27
Dialogi niczym z "Zawału" Białoszewskiego :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # domatorka 2015-01-28 14:39
Ja kiedy byłam w ciązy musiałam leżęc 2 tyg na tzw.podtrzymani u. Byłam w 9 miesiącu, jeść mi sie chciało jak smok. A porcje jak dla 2-latka. Masakra. Rozumiem pana.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # kasia 2015-01-28 12:51
Kucharz w szpitalu to już raczej rzadkość...przy najmniej tam gdzie ja spędziłam 10 dni jedzenie przyjeżdżało z zewnątrz i to bez zupy:)Jest też druga strona medalu, o której nie myślimy gdy leżymy głodni w szpitalnej sali i marzymy o jedzeniu... Prawdziwy rosół z kury kosztuje, gotują "rosół" za tyle ile za niego dostają Ale to już inna bajka:)
Pozdrawiam
Kasia
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież