Każdy z nas, bez względu na wiek, płeć, ilość zębów, czy rozmiar buta musiał kiedyś spakować po raz pierwszy swój tornister i pójść do szkoły. Tak było z naszymi prapradziadkami, dziadkami, rodzicami, nami, naszymi dziećmi i będzie z pewnością z wnukami naszych wnuków. Od pokoleń wpaja się nam, że szkoła to nasz święty obowiązek, ponieważ bez niej będziemy nieprzystosowanymi do życia w społeczeństwie, niedouczonymi bezmózgowcami, którzy niczego w życiu nie osiągną. Czy tak jest jednak naprawdę?

 Moje wątpliwości zrodziły się zupełnie niedawno. Od czterech lat odwożę córkę rano do szkoły, odbieram ją po lekcjach, czasem chodzę na wywiadówki i różnego rodzaju szkolne imprezy. Przebywając w murach szkolnych, bez względu na to, czy jest to szkoła córki, czy też każda inna, w której akurat się znajdę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ja tu już chyba kiedyś byłem. Korytarze, szatnie, sale, łazienki. Czterdziestopięciominutowa cisza jak makiem zasiał, po czym ogromny gwar przez kolejne dziesięć minut. To wszystko do złudzenia przypomina mi szkołę, do której ja chodziłem.

Sęk w tym, że to było czterdzieści lat temu! I nie byłoby w tym pewnie nic niestosownego, gdyby chodziło jedynie o same budynki. Te można odnowić, odmalować, czy wręcz zbudować na nowo. Większym problemem wydaje się być jednak cały system edukacyjny. Gdzieś przeczytałem zdanie doskonale oddające sens tego, o czym dzisiaj piszę. Brzmiało ono: „W przedwczorajszych szkołach wczorajsi nauczyciele uczą dzisiejszych uczniów rozwiązywania problemów jutra."

Przecież dzisiejszy system edukacji powstał ponad dwa wieki temu, w czasach, w których dostęp do informacji był niezwykle ograniczony, a na zdobywanie wiedzy stać było jedynie nielicznych, zamożniejszych. Od tamtego czasu świat poszedł bardzo do przodu, a system pozostał w zasadzie niezmienny. Dzisiaj dostęp do informacji i wiedzy jest praktycznie nieograniczony. Jedyne, czego potrzeba, to wskazać jak dobrze z tej wiedzy korzystać. Czy to robią dzisiejsze szkoły oraz pracujący w nich pedagodzy dwudziestego pierwszego wieku?

Otóż nie. Lekcje, tak samo jak za czasów naszych babć, polegają na sztywnym siedzeniu w klasie i słuchaniu tego, co nauczyciel ma nam do powiedzenia. „Siedź, słuchaj, nie gadaj, wiernie powtarzaj słowo w słowo” to niezawodne metody wbijania „wiedzy” do małych głów. Siedem, osiem godzin nudnych lekcji, potem godziny odrabiania żmudnych prac zadanych do domu, do tego zajęcia dodatkowe, i korepetycje. To wszystko sprawia, że dzieci w dzisiejszym świecie są najbardziej zapracowaną grupą, jaką znam.

Moja córka nie mogła się doczekać końca wakacji. Bardzo chciała już iść do kolejnej klasy, uczyć się nowych przedmiotów, poznać kolejnych nauczycieli. Już po pierwszym tygodniu jej zapał został skutecznie ostudzony. Ilość pracy, jaką musi wykonywać w domu po lekcjach powoduje, że łzy leją się jej po policzkach, a nauka przestaje być ciekawa i fascynująca. Co może usłyszeć ode mnie oczekując słów wsparcia? Pewnie to samo, co mówi w takim przypadku większość rodziców swoim dzieciom – „Ja też musiałem odrabiać lekcje, też nie lubiłem tej matematyki, również płakałem, więc i ty musisz przez to przejść. Inaczej nic dobrego z ciebie nie wyrośnie”.

Prawda jest jednak inna. To my przyzwyczailiśmy się do tego systemu, przez który dzieci tracą chęć do nauki. Do systemu, w którym nie można popełniać błędów, nie można stawiać pytań, nie można poszerzać wiedzy w dziedzinach, które interesują samych zainteresowanych, czyli dzieci. Nauczyciele, jeśli nawet chcieliby coś zmienić, mają związane ręce. Wiąże je im program narzucający ściśle określone schematy. Wykonanie programu w określonym czasie bierze górę nad potrzebą zatrzymania się na dłużej przy czymś, co ucznia zafascynuje.

Chęci radykalnej reformy systemu oświaty niestety nie widać. Czasem pod płaszczykiem reform przemyca się mało lub mniej udane pomysły niespełnionych ministrów. W tym roku, na przykład, wprowadzono „rewolucyjny” system oceny zachowania uczniów przez cały rok szkolny. Biedny maluch otrzymuje 100 punktów kredytu oraz długą listę zachowań i czynów, za jakie punkty będą zabierane oraz krótszą tych, które im tą punktową pulę mogą zwiększyć. Na koniec, w zależności od sumy punktów, uczeń otrzymuje ocenę. Wychowawczyni w klasie mojej córki poświęciła prawie dwie godziny lekcyjne jedynie na to, żeby dzieciom wszystkie te zasady przeczytać i oględnie wyjaśnić. To tak, jakby dołożyć jakże zapracowanym dziewięciolatkom dodatkowy przedmiot do nauki. Zanim dzieci zapamiętają, za co mogą stracić punkty, może się okazać, że ich kredyt jest dawno wyzerowany.

Moja córka, wymieniając na moją prośbę zachowania, za które można „zarobić” dodatkowe punkty, podała jako przykład powiadomienie nauczyciela o zauważonym złym zachowaniu innego ucznia. Na przykład bójki dwóch kolegów. Mam nadzieję, że córka źle zrozumiała intencje, ponieważ nie wyobrażam sobie oficjalnego promowania i zachęcania do donosicielstwa.

Żeby tego było mało, bywają pedagodzy, uważający przedmiot, którego uczą za pępek świata, tworząc swoje własne, dodatkowe zasady obowiązujące uczniów. Taką nauczycielką jest w klasie mojej córki pani od pewnego przedmiotu. Pani już na pierwszej lekcji dała dobitnie do zrozumienia, że rozpieszczone bachory nie będę z nią miały łatwego życia. Nauczycielka przedstawiła stworzony na własny użytek regulamin zajęć, który jasno pokazuje, kto tu rządzi. Ogólny przekaz tego wytworu pedagogicznej wyobraźni jest taki, że uczeń powinien dzień i noc myśleć tylko o tym przedmiocie, uczyć się przede wszystkim tego przedmiotu, być bezwzględnie posłusznym tej nauczycielce. Pani pedagog o wszystkim decyduje, nie stawia szóstek za to często jedynki, nie toleruje aktywności ucznia, jeśli nie jest ona ściśle określona tematycznie przez nią samą. Co więcej, można z przedmiotu mieć wiedzę doskonałą, ale i tak ocena będzie mierna, jeśli ową wiedzę przekaże się pisząc niestarannie i nieestetycznie. I to jest właśnie kolejny, żywy przykład na konieczność wprowadzenia nie tylko głębokiej reformy, ale wręcz zrewolucjonizowania systemu edukacji.

Jak to zrobić? Tego niestety nie wiem. Może trzeba dać dzieciom możliwość decydowania o tym, czego i w jakim zakresie chcą się uczyć. Zrezygnować ze sztywnych ram czasowych lekcji, a zamiast tego pozwolić pracować uczniom tyle, na ile mają zapału, ochoty i sił do efektywnego przyswajania wiedzy. Niech uczniowie sami wybierają sobie nauczycieli, z którymi najlepiej im się współpracuje. Trzeba dzieci zainteresować tym, co się ma do przekazania, a potem dać im zadawać pytania, drążyć temat aż zaspokoją w pełni swoją ciekawość. Uczyć od najmłodszych lat współpracy i pomocy innym, dzielić się swoją wiedzą (zupełnie inaczej niż jest obecnie). Nie zamykać się w murach szkoły, jeździć, chodzić, poznawać świat. Niech nauczyciel będzie jedynie pomocnikiem w potrzebie, a nie panem i władcą nieznoszącym sprzeciwu.

Niestety pewnie wszystko, co można by na ten temat usłyszeć od dorosłych, przesiąkniętych od dziada pradziada jedynym słusznym sposobem edukacji, to stwierdzenie typu „To się nie da. Tak nie można. Ale jak to? Nie jest tak źle…”

Moja druga córka pójdzie do szkoły dopiero za pięć lat. Nie mam jednak złudzeń, że usłyszy pewnego dnia od starszej siostry słowa „Nie rycz, ja też musiałam siedzieć w tych celach po osiem godzin dziennie bez ruchu, odrabiać całymi wieczorami zadania domowe i uczyć się rozwiązywać testy. Umiejętność ich rozwiązywania nigdy mi się poza szkołą nie przydała, ale szkoła to szkoła”.

To, w jaki sposób wiedza programowa zawarta w szkołach oraz metoda jej przekazywania ma się do potrzeb stawianych przez dzisiejszych pracodawców i współczesnego życia ilustruje według mnie stary kawał, który na koniec zacytuję:

Synek wielbłąda pyta tatę:
- Tato, po co nam są potrzebne te garby?
- Widzisz synku, kiedy przemierzamy pustynię, przechowujemy w nich wodę, która jest nam potrzebna na długą wędrówkę.
- A po co nam takie szerokie kopyta?
- Żeby nam łatwiej było iść po piasku.
- A po co nam taka gęsta sierść?
- W dzień chroni nas ona przed palącym słońcem, a nocą przed chłodem na pustyni.
- Tato, a po co nam to wszystko skoro my mieszkamy w ZOO?

Komentarze   

0 # Patrycja 2017-11-29 07:41
Może warto zastanowić się nad samodzielnym rozwoju umiejętności samodzielnego myślenia i samo edukacji niż tylko zdawać się na szkołę?
Starożytni grecy już dawno temu opracowali coś takiego jak trivium i quadrivium
trivium.wybudzeni.com/trivium/

Istnieją 3 podstawowe kroki, dzięki którym Twój umysł może być użyteczny:
1) wejście [informacji],
2) przetwarzanie [informacji] i
3) wyjście [informacji].
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Hallie 2017-07-29 16:35
When some one searches for his vital thing, thus he/she desires to be available that in detail, thus that thing is maintained
over here.

my site; foot pain side - maddivolere.hatenablog.com/... /... maddivolere.hatenablog.com/... /... -
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Willis 2017-07-29 11:23
Hello There. I found your blog using msn. This is a very well written article.
I'll be sure to bookmark it and return to read more of your useful information.
Thanks for the post. I will certainly comeback.

Look at my homepage - foot pain guide - denise3pierce35.jimdo.com/.../ ... denise3pierce35.jimdo.com/.../ ...,
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
0 # Kimberley 2017-03-29 02:35
Way cool! Some very valid points! I appreciate you penning this article plus the rest of the
website is also very good.

Feel free to visit my website: nanoo: naelkjsaflkj.net
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj
+1 # Ania 2015-10-02 09:02
Co tu wymagac od dzieci skoro niedouczeni sa nauczyciele! Wystarczy poczytac chociazby to:
www.tvn24.pl/.../
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytuj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież