pt, 15 maja 2015

Bajka dla dorosłych

Listy, notatki, zdarzenia ulotne. Blog Wojciecha Fułka
Najmłodszy z aktorów ma 10 lat, najstarszy 80. Fot. Teatr Muzyczny w Gdyni/Piotr Manasterski Najmłodszy z aktorów ma 10 lat, najstarszy 80. Fot. Teatr Muzyczny w Gdyni/Piotr Manasterski

„Mały książę” to opowieść uniwersalna i zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną, dlatego od roku 1943, kiedy ta książka została wydana po raz pierwszy, została przetłumaczona na ponad 270 języków i dialektów, a liczba sprzedanych egzemplarzy zbliża się do 150 milionów. Skoro zatem sam tekst i jego przesłanie wydają się aż tak proste i czytelne, to przeniesienie go na scenę teatralną nie powinna nastręczać większych problemów inscenizatorom. Wydaje się nawet, że to wręcz pewniak i samograj, zwłaszcza, że wszyscy najbardziej lubimy przecież te utwory, które już doskonale znamy.

W końcu to literacki kanon, więc sukces frekwencyjny – jak można by sądzić – na wyciągnięcie ręki. Ale jeśli przyłożymy do tego tekstu nie tylko miarę poetyckiej baśni dla dzieci, ale również filozoficznego traktatu dla dorosłych, reżyserskie zadanie okaże się już znacznie trudniejsze. A takie ambitne zadanie postawili przed swoim spektaklem reżyser Adam Nalepa wraz Jakubem Roszkowskim, któremu zawdzięczamy układ dramaturgiczny i adaptację oryginalnego tekstu.

 

Premiera na deskach Sceny Kameralnej Teatru Muzycznego w Gdyni narzucała nie tylko pewne ograniczenia, ale i oczywiste rozwiązania. Oczywiście to nie bliskość gdyńskiej plaży, ale lokalizacja tej opowieści na pustyni przyniosła jedno z takich „naturalnych” rozwiązań scenograficznych w postaci piaszczystej sceny. Można się w tym pomyśle doszukiwać również pewnego przesłania, o której zresztą mówi wprost sam reżyser: „może zostanie chociaż ślad. Choćby na piasku”. „Footprints in the sand” to skądinąd jeden z najbardziej znanych na świecie wierszy anglojęzycznych, przez wiele lat przypisywany „autorowi nieznanemu”, dzięki któremu „ślady na piasku” nabierają (także i w interpretacji Nalepy) dodatkowych znaczeń i symboliki.

 

Reżyser ostatecznie zdecydował się na wykorzystanie fragmentów tekstu jako materiału do zbudowania spektaklu w konwencji psychodramy i wiwisekcji, której – w kilku kolejnych odsłonach - poddaje głównego bohatera/bohaterów. Nie jest to oczywiście w tej wersji spektakl dla dzieci, nie jest to też musical (choć pojawiają się w nim odpowiednie dobrane piosenki, pełniące rolę „drogowskazów”), nie jest to też ani sceniczna baśń, ani tym bardziej wierna kopia książki. To raczej porozrzucane fragmenty puzzli, z których reżyser układa – scena po scenie – swój świat, przeznaczony dla dorosłych i „dozwolony od 18 lat”, choć oczywiście to tylko umowna granica. Ale żeby w pełni ten świat rozumieć, trzeba zachować w sobie odrobinę dziecka. Bo – jak ujął to Mały Książę, „dorośli są naprawdę dziwni” i „i nigdy nie potrafią sami zrozumieć. A dzieci bardzo męczy konieczność stałego objaśniania”. Poza tym w końcu umówmy się: każdy ma takiego „Małego Księcia”, na jakiego zasłużył. Można go oczywiście odczytywać w sposób najprostszy, na elementarnym poziomie powtarzania złotych myśli i rozpoznawalnych cytatów (i nie ma w takiej interpretacji niczego złego), można też zajrzeć nieco głębiej i doszukiwać się w tym tekście pewnej lekcji człowieczeństwa, nauki przemijania i pogodzenia się z nieuchronnym. To w końcu tak naprawdę opowieść o pilocie, który - broniąc się przed ostateczną rozgrywką z wiecznością – stworzył sobie świat alternatywny, w którym rozprawia się z ludzkimi ułomnościami i niedoskonałościami. W tym nowym świecie takie kategorie, jak dzieciństwo i dorosłość, nabierają zupełnie nowych znaczeń. A sam pilot mierzy się też na swój sposób – w tej ostateczne rozgrywce – bezpośrednio ze śmiercią, przymierzając jej kolejne maski i stroje. Przeglądając się w, ozdobionym żałobnym kirem, magicznym zwierciadle, aby dostrzec tam pierwsze oznaki starości, a za jej plecami – bólu, cierpienia oraz nieodwołalnego kresu ziemskiego bytu. To spektakl o dorastaniu i dojrzewaniu, o miłości i przyjaźni, o naiwności i przebiegłości, prawdzie i kłamstwie. To opowieść o narodzinach i umieraniu. O powitaniach i pożegnaniach. O miłości i nienawiści. O bramie do wieczności, którą każdy musi przekroczyć samotnie. Bo przecież „na pustyni jest się samotnym. Równie samotnym jest się wśród ludzi”. Poza tym ludzie „nie mają korzeni – to im bardzo przeszkadza”, jak powiedział kwiat do Małego Księcia. „Wiatr nimi miota”.

 

Adam Nalepa zaserwował swoim widzom bajkę dla dorosłych, która nie kończy się jakimś optymistycznym akcentem. Prawdę mówiąc, w ogóle się nie kończy. Bo odpowiednie zakończenie każdy musi dopisać już na własną odpowiedzialność. I dla każdego może ono być zupełnie odmienne. Ten spektakl to raczej wykład z psychologii klinicznej o zaburzonych relacjach człowieka z jego otoczeniem. To również lekcja odkrywania w sobie kolejnych pokładów dorosłego i dziecka. Która nie przynosi prostych rozwiązań i wniosków, bo „idąc prosto przed siebie nie można zajść daleko”.

 

Nie chciałbym żadnego z aktorów jakoś specjalnie wyróżniać, bo zaprezentowali oni – zgodnie z reżyserskim założeniem - kreację grupową. Ale z pewnością najtrudniejsza rola przypadła występującemu gościnnie 80-letniemu Aleksandrowi Skowrońskiemu, znanemu m.in. z licznych barwnych epizodów filmowych (np. „U Pana Boga w ogórku) i Teatru Wierszalin. Jego alter ego gra z kolei, zaskakujący dojrzałością i swobodą sceniczną dziewięcioletni Artur Blanik. Na scenie pojawiają się też (i śpiewają) dobrze znani z gdyńskiej sceny Renia Gosławska I Marek Richter, a także adept Studium Wokalno-Aktorskiego, Wojciech Daniel.

 

„Mały książę. Końcówka” to przedstawienie, w którym muzyka i słowa mają znaczenie drugorzędne. Choć bez nich trudno je jednak sobie wyobrazić. Ale „Mowa jest źródłem nieporozumień” – jak powiedział lis do Małego Księcia. I może dlatego ludziom tak trudno się porozumieć?

 

WOJCIECH FUŁEK

Wojciech Fułek

"Sopocianin od zawsze i na zawsze"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież