pon, 07 grudnia 2015

Człowiek ze złotym obiektywem

Listy, notatki, zdarzenia ulotne. Blog Wojciecha Fułka

Marek Karewicz jest legendą i żywym podręcznikiem historii polskiej muzyki jazzowej i rockowej. A jego zdjęcia i okładki płyt są bardziej znane niż nazwisko ich autora. Z największych światowych gwiazd jazzu nie fotografował tylko Louisa Armstronga. To on zaprojektował pierwszą dedykowaną okładkę płyty długogrającej dla „Polskich Nagrań” (słynny czarno-błękitny album „Niebiesko-Czarnych” z „główkami” muzyków).

A kultowa okładka longplaya „Blues” grupy Breakout” ze zdjęciem Tadeusza Nalepy z synem Piotrem została uznana za najlepszą w historii polskiej fonografii. Blisko 2 miliony negatywów i 2 tysiące zrealizowanych projektów okładek czarnych płyt wciąż robi wrażenie, zwłaszcza jeśli pamiętamy, że zdjęcia robiono wówczas aparatem analogowym, drogie klisze fotograficzne miały zaledwie 12 klatek, a projekty graficzne realizowano za pomocą zdjęć, nożyczek i kleju.

Dość długo musiał czekać jednak Karewicz na poświęcone mu wydawnictwa i „dziękczynne hołdy pamięci”. 20 lat temu pierwszą zbiorczą publikacją fotogramów okazał się – dziwnym zrządzeniem losu – finansowy raport roczny sopockiego towarzystwa ubezpieczeniowego (dziś Ergo Hestia). To wysmakowane edytorsko wydawnictwo, z doskonałymi zdjęciami, opatrzone biogramami muzyków autorstwa szefa „Jazz Forum”, Pawła Brodowskiego, jako wyczerpujące kompendium wiedzy muzycznej, szybko trafiło wówczas - jako ewidentny biały kruk - na bazary.

Erudycję, wiedzę i talenty gawędziarskie Karewicza wykorzystaliśmy również z Pawłem Chmielewskim w wielu dokumentach telewizyjnych, poświęconych dziejom polskiej muzyki jazzowej i rock’n’rollowej, aby w końcu wyeksponować postać słynnego fotografika w filmie (który zrealizowaliśmy wspólnie z Tomkiem Redziemskim) pt. „Człowiek ze złotym obiektywem”). Nie jestem zatem z pewnością obiektywny w ocenie postaci samego Karewicza, gdyż zaliczam się do grona jego zdeklarowanych wielbicieli i przyjaciół. Dlatego tekst ten raczej zakwalifikowałbym do kategorii panegiryków, niż recenzji. Ale na pewno nie powinno umniejszać to ewidentnej atrakcyjności kolejnego albumu (po „This is jazz”), którego bohaterem jest nie tyle Marek Karewicz, co właśnie jego fantastyczne fotogramy i opowieści.

Książka „Marek Karewicz – Big- Beat”, która jest efektem wspólnej pracy spółki Marcin Jacobson i Mirosław Makowski to również fascynująca podróż w czasie i jednocześnie lektura obowiązkowa dla każdego fana polskiego rocka. „Marek Karewicz osiągnął to, że kiedy ogląda się jego zdjęcia, to słyszy się muzykę” – napisał w swoim komentarzu Wojciech Mann. A Piotr Metz uzupełnił tę konstatację całkowicie zasłużoną opinią, że „jego opowieści są równie wymowne jak zdjęcia, które robił”.

Wszyscy, którzy Marka znają, doskonale bowiem wiedzą, że Marek jest urodzonym gawędziarzem i duszą każdego towarzystwa. Potrafi każde swoje  zdjęcie opatrzyć zabawną historią i dowcipnymi anegdotami. Może warto by pokusić się dziś zatem  o specjalną edycję pocztówek dźwiękowych nowej generacji z jego zdjęciami oraz  barwnymi opowieściami autora? Tylko kto jeszcze dziś jest w stanie zrozumieć, co oznaczała piracka przecież pocztówka dźwiękowa dla młodzieży lat 60-tych?

Jednak pierwszą i największą miłością Karewicza  zawsze był i wciąż pozostaje oczywiście jazz, nic więc dziwnego, że nawet w albumie, poświęconym głównie muzykom rockowym (nie tylko zresztą polskim), to właśnie jazz pozostaje jakiś wymiernym punktem odniesienia i często jest przywoływany jako sztuka wyższych – niż rock and rollowe – lotów. Co nie przeszkadza naszemu bohaterowi z wielką nostalgią wspominać swoje „big-beatowe” spotkania z muzyką mocnego uderzenia i ludźmi z tego środowiska.

Barwne gawędy Karewicza dotyczą zresztą nie tylko samych kręgów muzycznych i artystów, bowiem np. jedna z ciekawszych anegdot związana z jest przyszłym papieżem, wtedy jeszcze mało znanym księdzem Karolem Wojtyłłą, który w środku nocy ugościł niesfornych artystów pejsachówką w siedzibie krakowskich biskupów.

Skrupulatnemu Marcinowi Jacobsonowi zawdzięczamy ocalenie w tym albumie wielu takich opowieści z kręgów muzycznych, które dodatkowo opatrzył on też licznymi komentarzami samych muzyków i piosenkarzy. Ile w nich jest prawdy, a ile „prawdziwego zmyślenia” – nie ma to już dziś chyba żadnego znaczenia.  Bo choć Marek Karewicz, jak twierdzą niektórzy, lubi czasami swoje gawędy dodatkowo „wzmacniać”, wzbogacać i ubarwiać, to i tak otrzymujemy w ten sposób szeroką panoramę historii polskiej sceny muzycznej kilku kolejnych dekad PRL-u. A jego fotografie (nawet te czarno-białe) - wraz z przypisanymi im historiami i dowcipnymi autorskimi komentarzami - były wtedy jak (tu cytat z Jana Himilisbacha) „wprowadzenie elementu baśniowego do szarej rzeczywistości”.


Marek Karewicz, Big-Beat, zdjęcia i wspomnienia: Marek Karewicz, tekst: Marcin Jacobson, projekt graficzny i wybór zdjęć: Mirosław R. Makowski, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2014

Wojciech Fułek

"Sopocianin od zawsze i na zawsze"

Więcej w tej kategorii: « Teatralne duchy Wigilia »

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież